książki

Po drugiej stronie lustrzanki | Jakub Kuza, Krótka historia jednego zdjęcia

Zdjęcie potrafi opowiedzieć całą historię, ale też historia zdjęcia może być barwną opowieścią. Wyraźnie pokazują to opatrzone kilkoma zdaniami komentarza, fotografie umieszczone na kartach książki Jakuba Kuzy „Krótka historia jednego zdjęcia”, które tworzą pewną przypowieść o świecie uchwyconym przez czujne oko fotografa.

Historia pierwszego wykonanego zdjęcia jest wielką epopeją zdrady, kradzieży i mistyfikacji, wkupywania się w łaski i przywłaszczenia sobie cudzego dorobku. Ale jest też historią triumfu umysłu, który wyzwolony z pęt konwencji potrafił eksperymentować i tworzyć. A przecież to tylko pierwsze z miliardów zdjęć, które od 1826 r. przypominają, bawią, zachowują pamięć.

Bo zdjęcie ma w sobie coś z czarów. Zatrzymuje na zawsze jedną chwilę, mgnienie, migawkę. O tej magii wie dobrze Jakub Kuza, twórca niezwykle popularnego fanpejdża KRÓTKA HISTORIA JEDNEGO ZDJĘCIA. Wie i chętnie dzieli się tą swoją pasją na Facebooku, a teraz też z czytelnikami książki, która dopiero co się ukazała nakładem Wydawnictwa Znak – książki pod tytułem, a jakżeby inaczej, „Krótka historia jednego zdjęcia”.

Co w niej znajdziemy? Są tu fotografie, które stały się znakiem swojego czasu, ikonami przeszłości zatrzymanej na chwilę w pędzie ku dopiero mającej nastąpić przyszłości. To takie fotografie, które znamy wszyscy, bo i historia ich powstania, i samo zdjęcie, przebiły się do pop kultury, stały się punktem, od którego rozpoczynamy mierzenie czasu, lub tym momentem czasoprzestrzeni, który waśnie w taki symboliczny sposób zostaje zamknięty. Nieprzypadkowo, jak sądzę, Kuza na jednej z pierwszych kart zamieścił fotografię ukazującą Alice Liddell, pozującej do tego zdjęcia Lewisowi Carrollowi, autorowi „Alicji w krainie czarów”. Wszak zdjęcie jest takim niemal surrealistycznym zatrzymaniem chwili, a aparat fotograficzny czarodziejską „Króliczą norą”, w której za magicznym sposobem (dziś powiedzielibyśmy dzięki nauce) chwila ta może wiecznie trwać. Nie mogło więc zabraknąć ujęć z najsłynniejszymi ludźmi nauki, polityki, kultury i sportu. Jest więc zdjęcie Alberta Einsteina rozmawiającego z Marią Skłodowską-Curie, i jest fotografia (niejedna) Józefa Piłsudskiego. Jest i Nikita Chruszczow, Margareth Tatcher, Lech Wałęsa, Helmuth Kohl i Angela Merkel. Jest i Thomas Mann otoczony przez grono polskich literatów, wśród których znajdziemy Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Lechonia, Jarosława Iwaszkiewicza, Juliana Tuwima oraz Antoniego Słonimskiego. Jest i Włodzimierz Wysocki z żoną Mariną Vlady. Jest też uwieczniony na fotografii podróżnik Arkady Fiedler oraz inny podróżnik, a przy tym odkrywca Kazimierz Nowak. Są wreszcie takie gwiazdy jak nieśmiertelna Marilyn Monroe, ale zatrzymana w kadrze, zanim jeszcze stała się sławna, a także Robert Lewandowski, zanim stał się światowego formatu gwiazdą piłki nożnej. 

Zresztą piłkarskie boiska i wyczyny sportowe często goszczą na kartach tej książki. Lecz szczególnie dwa zdjęcia z tego zbioru nie mogą umknąć uwadze czytelnika. Pierwszym jest mecz na zamarzniętym Morzu Weddella u wybrzeży Antarktydy rozegrany w 1916 r. przez marynarzy z wyprawy Ernesta Shackletona, a drugim mecz pomiędzy reprezentacją ZSRR a Węgrami rozegrany na XVI Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne w Australii. Oba niosą ze sobą ogromny ładunek emocjonalny – na pierwszym widzimy marynarzy ze statku uwięzionego w lodzie, grających dla rozrywki, dla zabicia czasu, dla utrzymania morale, ale też w pewien sposób walczących o przetrwanie, na drugim widzimy Ervina Zádora z krwawiącym, rozbitym łukiem brwiowym. Mecz piłki wodnej rozegrany został w 1956 r. tuż po brutalnym stłumieniu powstania węgierskiego. Ta fotografia ma dla mnie też w pewien sposób osobisty wymiar, bowiem kilka miesięcy przed węgierskim październikiem w Poznaniu komuniści krwawo stłumili Powstanie Poznańskiego Czerwca 1956 r., a pamięć o poznańskich robotnikach protestujących, upominających się po raz pierwszy po drugiej wojnie światowej w bloku państw socjalistycznych o pracę i chleb, jest żywa w moim rodzinnym mieście.

Są też w książce Jakuba Kuzy zdjęcia, portrety, współcześnie powszechnie znane. Jak choćby fotografia, na której Szarbat Gula, „afgańska Mona Lisa”, sportretowana została przez Steve’a McCurry’ego w obozie dla uchodźców w Pakistanie w 1984 r. Albo też zdjęcie, na którym George Mendonsa na Times Square całuje Gretę Zimmer Friedman, biorąc ją za pielęgniarkę i dając upust radości z kapitulacji Japonii, co kończyło definitywnie II wojnę światową.

Ale są też zdjęcia mniej dramatyczne, o mniejszym ładunku ekspresji, lecz ukazujące upływający czas, albo może inaczej, będące swego rodzaju znacznikami na osi czasu. Bo widzimy tu pierwszy pociąg, który wyjeżdża z tunelu linii średnicowej w Warszawie, w miejscu, w którym dzisiaj jest stacja Powiśle. Być może zresztą i nasze cover foto będzie takim symbolicznym ujęciem stacji, która niebawem zniknie, a sama linia średnicowa zmieni swój kształt nadany jej przez budowniczych jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku, stając się znakiem minionego czasu, tak jak prototyp syrenki sport uchwycony na innym zdjęciu na warszawskiej Falenicy, albo defilada z okazji czterdziestolecia NRD odbierana na trybunie przez Ericha Honeckera – dodajmy ostatnia defilada, bo chwilę później upadł mur berliński.

Jednak zdjęcia, choć same opowiadają pewną historię, czasem też wymagają dopowiedzenia, by obraz zatrzymany w kadrze był pełniejszy. Wymagają by ich historię opowiedzieć, bo bez słów, które obraz ubierają, nic nie mówią, albo nie mówią tego samego wszystkim. Zdarza się, że dopiero połączone obraz i słowo niosą przesłanie, tworzą całość, kreują razem spójny przekaz tak, że obraz bez opowieści albo opowieść bez obrazu zdają się być niepełne i wręcz dopominające się dopełnienia. Dlatego, opatrzone kilkoma zdaniami komentarza, fotografie umieszczone na kartach książki przez Jakuba Kuzę tworzą logiczną narrację, pewną przypowieść o świecie uchwyconym przez czujne oko fotografa. Nieważne czy w obiektywie fotoreportera, czy paparazzo, czy fotoamatora, ważne, że ukazują świat i taki, który chcemy widzieć, i ten niechciany, brudny, tragiczny, ale też codzienny. Ten moment, w którym zdjęcie zrobione ręką fotografa już na zawsze zatrzymało czas, ten wycinek przestrzeni, ten wycinek rzeczywistości, który z chwilą mignięcia migawki znów ruszył do przodu i pozostał już tylko historią na kliszy, dagerotypie, w zapisie cyfrowym. Historią, która wymaga swojej legendy. Legendy o tym zdjęciu, tym ujęciu, o tej chwili. O fotografie, fotografowanym, wydarzeniach wielkich i malutkich utrwalonych w obrazie fotograficznym. Tych, które później będą dokumentowały życie ludzi wielkich i tych, które będą dokumentowały codzienne nasze życie, wcale przecież nie takie nudne, o czym możemy się przekonać sięgając do starych albumów, albo zapuszczając prezentacje slajdów na ekranach komputerów.

„Krótka historia jednego zdjęcia” z konieczności jest tylko subiektywnym wyborem autora. Co więcej wyborem tylko 130 fotografii z przepastnego zbioru zdjęć. Ale jest też przyczynkiem do tego, by patrząc na kolejne zdjęcia, które wpadną w nasze ręce, poszukać ich historii, bo mogą to być kolejne opowieści z krainy po drugiej stronie lustrzanki.

Jakub Kuza, Krótka historia jednego zdjęcia
Wydawnictwo Znak Kraków, 2019

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.