Reklamy
wywiad

Marta Guzowska: Lubię pisać o tym, czego się boję | Rozmawia Przemysław Poznański

W moim pisaniu stosuję jedną z zasad Stephena Kinga: weź zwykłych ludzi, wsadź ich w niezwykłą sytuację, a potem tylko obserwuj, co z tego wyniknie. Dokładnie tak postąpiłam i tym razem – mówi Marta Guzowska*, pisarka, autorka psychologicznego thrillera „Raj”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Marta Guzowska, fot. Wojtek Rudzki

Przemysław Poznański: „Raj” jest pierwszą pani książka bez wątku archeologicznego. Ale moim zdaniem jest też pierwszą pani książką, która w zasadzie nie jest kryminałem. To psychologiczny thriller, w którym zbrodnia, i owszem, mam miejsce, ale jest ona pochodną intrygi, a nie ich przyczyną. Skąd ta zmiana?

Marta Guzowska: Może stąd, że jestem wielką wielbicielką thrillera psychologicznego jako gatunku i po takie powieści najchętniej sama sięgam. Uwielbiam, kiedy do rozwiązania prowadzi mnie nie tylko czysta logika, lecz bardziej motywacja bohaterów. Postanowiłam więc spróbować też takie pisać. Ale nie jest to tak całkiem mój debiut, dwie moje poprzednie powieści „Ślepy archeolog” oraz wydana jako serial audio dla Storytela „Godzina duchów” też były – moim zdaniem – thrillerami psychologicznymi, chociaż wątki kryminalne były w obu mocno zarysowane.

Niemal całą fabułę umieszcza pani w centrum handlowym, czyniąc z tej zamkniętej, ograniczonej przestrzeni zarówno pełnowystarczalny mikroświat, w którym można zdobyć wszystko, co niezbędne do życia i przeżycia, jak i „szklaną pułapkę”, w którą wpadają bohaterowie. Co było najpierw – pomysł, że opisze pani sytuację osaczenia i wynikające z tego faktu skrajne reakcje bohaterów, czy raczej idea, by to centrum handlowe było miejscem akcji?

– Dzisiaj już trudno mi odtworzyć, co było pierwsze (śmiech). Galerie handlowe uważam w ogóle za wymarzone miejsca do rozwoju jakiejś dramatycznej akcji: thrillera, kryminału, ale także dramatu psychologicznego. Zderzenie sztuczności tych miejsc z prawdziwym życiem kreuje bardzo silny efekt dramatyczny. Z kolei sytuacja osaczenia, zamknięcia, jest taką klasyczną sytuacją rodem z thrillera. To także jeden z moich prywatnych lęków, a jak wiadomo, o niczym nie pisze się lepiej jak o tym, czego boimy się sami. Dlatego w akcję „Raju” wplotłam m.in. pożar, to drugi z moich głównych lęków.

Idąc tym tropem: co było najpierw – pomysł na intrygę, pomysł na protagonistów, pomysł na antogonistów?

– Większość książek piszę według tego samego wzoru: coś mi tam świta w głowie, jeśli chodzi o akcję, ale przede wszystkim tworzę sylwetki bohaterów, i to zarówno protagonistów jak i antagonistów. Wyznaję zasadę, że dobrze, starannie, stworzony bohater sam później ciągnie akcję, bo nie zrobi, np. czegoś wbrew swojemu charakterowi. Rolą pisarza jest przede wszystkim ten charakter dobrze poznać. W „Raju” najważniejszą postacią jest Teresa, matka nastolatki, która nie radzi sobie z wychowaniem córki ani ze sobą samą Teresa długo ewoluowała, początkowo miała być zupełnie kimś innym. Ale ostatecznie jestem bardzo zadowolona z tego, jak udało mi się ją napisać.

Pisząc kryminały „archeologiczne” czerpała pani ze swoich życiowych doświadczeń, przynajmniej w zakresie realiów pracy na wykopaliskach. Które ze swoich doświadczeń przelała pani na karty tej powieści?

– Och, całe mnóstwo. Każdy z nas ma, oczywiście, doświadczenia z galeriami handlowymi, ludzie generalnie dzieją się na tych, którzy galerii nienawidzą, i tych, którzy je kochają. W moim przypadku jest to klasyczna love-hate relationship, z jednej strony łatwo mi ulec urokowi niepohamowanej konsumpcji, przy najmniej na ile pozwala portfel. Ale z drugiej bardzo szybko zaczynam się czuć w centrach handlowych źle, mam wspomniane wcześniej uczucie osaczenia. Do tego, ponieważ mieszkałam przez dwa lata w Izraelu, i to w czasie drugiej intifady, postrzegam centra handlowe jako idealne miejsca ataku terrorystycznego. Dorzuciłam do książki też moje prywatne lęki: obawę przed tłumem, wspomniana już obawę przed pożarem i – ponieważ też mam córkę, która nie jest jeszcze nastolatką, ale niedługo nią będzie – zwyczajne lęki matki.

Podczas lektury nastrój osaczenia staje się odczuwalny także dla czytającego. Nie mam klaustrofobii, nie boję się ognia, a jednak udziela mi się najpierw panika tłumu, którą pani opisuje, potem bezsilność bohaterów. Wspomniała pani o swoich fobiach, ale czy wyobraziła sobie pani też reakcje ludzi w stanie zagrożenia?  

– Opisałam przede wszystkim to, czego sama najbardziej się boję. Ale – jak to pisarka – bardzo szybko przeszłam od własnych lęków do pracy wyobraźni. Próbowałam sobie wyobrazić jak na pożar w galerii handlowej reaguje nie tłum, ale poszczególne osoby. W moim pisaniu stosuję jedną z zasad Stephena Kinga: weź zwykłych ludzi, wsadź ich w niezwykłą sytuację, a potem tylko obserwuj, co z tego wyniknie. Dokładnie tak postąpiłam przy pisaniu „Raju”.

Choć opowiada pani fabułę z punktu widzenia siedmiu osób, to jednak na pierwszy plan wysuwa się wspomniana postać Teresy, matki jednej z nastoletnich bohaterek, które pewnego feralnego dnia wybierają się na otwarcie galerii handlowej. W jej psychologicznym portrecie wyraźnie widać obsesyjny strach o córkę, wynikający rzecz jasna z miłości, w imię której bohaterka jest w stanie posunąć się naprawdę daleko. Jak tworzyła pani tę postać?

– Teresa to trochę ja. Mam dwoje dzieci: syna, już nastolatka i siedmioletnią córkę, która – jak mówiłam – za chwilę nastolatką będzie. A ja, podobnie jak Teresa, mam niepotrzebną skłonność do martwienia się na zapas i prób nadmiernego kontrolowania życia moich dzieci – co nie prowadzi do niczego dobrego. Wiem o tym, ale nadal to robię. Ja jednak mam to wielkie szczęście, że posiadam bardzo zrównoważonego partnera, który, kiedy trzeba, mówi mi „wyluzuj, nie przesadzaj”. Teresa jest samotną matką i nikogo takiego nie ma, więc kiedy się „nakręci”, nikt nie może podejść, poklepać jej po ramieniu i poradzić, żeby wypiła lampkę wina na rozluźnienie. Pisząc tę postać po prostu wyobraziłam sobie siebie za kilka lat, z nastoletnią córką i bez partnera. To była dość przerażająca wizja, ale jednocześnie tak sugestywna, że Teresa stała się dla mnie nieomal osobą z krwi i kości.

Poza Teresa mamy tu wiele innych postaci – każda z nich to pełnowymiarowy, osobny portret. Mamy drobnego złodziejaszka z jego „ambicjami”, mamy dealerów narkotyków – jednego opanowanego, profesjonalnego i drugiego: ksenofoba, mizogina, pijaka. Są wreszcie nastolatki, zapatrzone w Instagram. Każda z tych postaci wymagała zapewne sporego researchu? Która była najtrudniejsza do stworzenia?

– Wszystkie były trudne, właśnie dla tego, że są tak charakterystyczne, tak odmienne. Do tego przyjęłam za punkt honoru, że każda będzie mówiła własnym specyficznym językiem; jestem szczęśliwa, kiedy słyszę od czytelników, że to mi dobrze wyszło. Tak naprawdę chyba najwięcej pracy kosztowali mnie dilerzy narkotyków, bo osobiście nikogo takiego nie znam (śmiech). Ale to było trudne tylko na etapie wymyślania postaci. Potem, kiedy już dobrze ich poznałam, miałam wrażenie, że po prostu pozwalam im działać i tylko to opisuję. Na tym polega magia pisania!

„Raj” jest opowieścią o strachu i determinacji, ale jest też opowieścią o marzeniach, które galeria handlowa symbolizuje: marzeniach o lepszym życiu, które gwarantować mają produkty kupione w tym luksusowym wnętrzu. Słyszę jednak gdzieś w tle ironię, swego rodzaju krytykę takiego konsumpcyjnego podejścia. Słusznie?

– Słusznie. Żyjemy w przerażających czasach, kiedy ludzie definiują się poprzez stan posiadania, a nie poprzez to, kim są. I nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić. Owszem, powstają ruchy takie jak „zero waste”, świadomi konsumenci nawołują do ograniczenia konsumpcji, ale mam wrażenie, że to kropla w morzu. Zresztą cała oficjalna polityka wmawia nam, że wszystkiego musi być coraz więcej: coraz więcej ludzi, coraz więcej rzeczy, które produkujemy. A planeta cały czas ta sama, nawet idiota powinien się zorientować, że tak się nie da. Przeraża mnie więc cynizm ludzi u władzy, którzy mówią: po nas choćby potop (dosłownie!), niech kolejne pokolenia cierpią, abyśmy tylko my żyli dostatnio.

Galeria ma też spełnić marzenia kogoś jeszcze – Jonasza, człowieka odpowiedzialnego za jej powstanie. Tu z kolei widać dość wyraźnie cały cynizm kryjący się pod maską sloganów o „wychodzeniu naprzeciw oczekiwaniom klienta”. Widać, że jedynym, co interesuje inwestorów, jest szybki zysk. To miała być w tym sensie książka oskarżycielska?

– To miał być thriller i wyszedł thriller. Nie nazwałabym „Raju” książką oskarżycielską. Tylko że pewne postawy, pewien światopogląd, wywołują określone konsekwencje. Wszystko, co przydarza się bohaterom „Raju” to wynik nastawienia inwestorów na szybki zysk. Od tego wszystko się zaczyna.

Wraca pani w swojej twórczości do archeologii czy planuje kolejną powieść w stylu „Raju”, a więc psychologicznego thrillera? A może znowu zaskoczy pani czytelników?

– Zaskoczę (śmiech). Książka, którą teraz piszę, ma pewne wątki archeologiczne, ale to nie o archeologię w niej chodzi. Ale nie powiem nic więcej, bo jestem przesądna i nie opowiadam o książkach, nad którymi pracuję!

Rozmawiał Przemysław Poznański

Zdjęcie autorki Wojtek Rudzki

*Marta Guzowska – od ponad dwudziestu lat jest archeologiem. Pracowała w Troi, w najbardziej prestiżowych wykopaliskach świata. Mieszkała w wielu miejscach na świecie, nie zawsze bezpiecznych. Współprowadzi portal „Zbrodnicze siostrzyczki” i wraz ze współautorkami napisała książkę „Mordercze miasta”. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru w 2013 za debiut literacki – „Ofiarę Polikseny”, wyróżniona też nominacją do tej nagrody za „Głowę Niobe”,Chciwość” i „Regułę nr 1”. Laureatka Nagrody Złotego Pocisku za „Regułę nr 1” (2017).  Pozostałe jej książki także spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem: „Wszyscy ludzie przez cały czas” (2015), „Czarne światło” (2016) i „Ślepy archeolog” (2018). „Raj” to jej pierwsza powieść bez wątku archeologicznego.

Reklamy

jeden komentarz

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: