Reklamy
artykuł

Fragment powieści „Wdowinek” Anny Fryczkowskiej | Książka ukaże się 13 lutego

Ciocia Bożena wychodzi z drewutni z kurą trzymaną za nogę. Druga gdzieś się majta z boku, dziwnie niekompletna, bo bez stopy, kurzej żylastej stopy z pazurami. W Warszawie trochę się odzwyczaiłam od takich widoków, bo tam kotlet to różowa substancja na tacce, zero podobieństwa do znanych przedtem zwierząt, często widywanych na podwórku.

 – Sama zabijasz kury?

– A kto ma to robić?

            Wzruszam ramionami. Ciotka Bożena ciągnie:

 – Przecież nie Dawid. Jak się za to biorę, to on zawsze ucieka z domu.

            Jest silna. Za każdym razem widzę to coraz wyraźniej. Rozsądna. Bez głupich sentymentów.

            – Ciociu… Ty też uważasz, że to bez sensu zgłaszać na policję, że mężczyzna dręczy żonę i dzieci?

            – Kochana, to są takie dawne sprawy. Tobie też bym radziła zostawić przeszłość za sobą.

            Przygarnia mnie do siebie tą ręką, w której nie trzyma kury. Zewłok trzyma daleko od siebie, ale i tak na czarnych gumiakach widać mokre plamy. Z szyi kapie. Głowa pewnie jeszcze leży na pieńku.

            – Muszę ją oskubać zanim ostygnie. – Bożena kieruje się do letniej kuchni. Na skubanie jak znalazł, to nie jest czysta robota, z którą można iść do mieszkania.

            Letnia kuchnia, pomieszczenie obok nieużywanej już obory, jest chłodna i pusta. W drzwiach wiszą niebieskie ceratowe paseczki, które latem mają za zadanie odstraszać muchy. W Świątkowicach panuje teoria, że muchy uciekają od niebieskiego, wszystkie więc paseczki we wszystkich letnich kuchniach w okolicy są niebieskie. Kuchnia węglowa zajmuje cały róg pomieszczenia, obok stoi pomalowany na biało wiejski kredens, stół nakryty ceratą (niebieską), trzy krzesła. Dla cioci, dla Dawida i dla Karoliny. Tu się gotowało i jadało latem, pamiętam. Zawsze tu, żeby w domu nie grzać i żeby muchy tam nie leciały. Tu się toczyło życie latem. Tu się czyściło grzyby. Tu się obierało fasolkę i łuskało groch. Tu się skubało kury i odstawiało mleko na kwaśne. Lubię tę kuchnię.

            – Powiedz mi, jak to jest. Naprawdę nie widać wcześniej, przed ślubem, że facet jest przemocowy?

            – Przemocowy, jakie piękne słowo. Warszawskie. Tu się mówi, że pije i bije, po prostu.

            Ciocia Bożena siada, wsadzając sobie bezgłowy korpus między nogi, szyją w dół, niech krew się wykapie do końca, i zaczyna wyrywać rude piórka wyćwiczonymi gestami, raz koło razu. Stoję oparta o drzwi i patrzę.

            – Co chcesz usłyszeć? Że byłyśmy głupie, że poszłyśmy za takich gwałtowników?

            Kura już wyrolowała z siebie flaki, długie i wypchane jakimiś przedśmiertnymi posiłkami, teraz trzeba się pozbyć żołądka i innych krytycznych treści, które mogą trysnąć na mięso gorzką żółcią, więc ciocia Bożena podchodzi do ciała z delikatnością godną króla ginekologów.

            – Kiedy pierwszy raz uderzył małą Karolinkę, wybiegłam z nią z domu, i od razu do sąsiadki. Tłumaczę jej, że Jurek w szale, że dziecko uderzył, że się boję o małą, że co robić. A sąsiadka mówi, że ona sobie radzi z mężem i ja też powinnam. Młoda jestem, ale się tego nauczę. Mówi, że trzeba być silną. Trzeba być stanowczą. Trzeba się umieć postawić, a nie być taką ofiarą losu. My, kobiety, musimy być silne, bo mamy dzieci – tłumaczyła mi ta sąsiadka, i wypychała z domu, żebym wracała do siebie, i że ona wie, że sobie poradzę. To wracam i już z daleka słyszę, że ten się miota po podwórzu, i „gdzie jesteś, gdzie jesteś, kurwo!” i że „nie masz prawa zabierać mojego dziecka!”. Lecę więc z Karoliną na przystanek autobusowy i chcę jechać do mamusi, bo dokąd mam jechać. I kiedy tak czekamy na autobus, przed przystankiem zatrzymuje się samochód. „Czy coś się stało?”, pyta Sylwia, znaczy twoja mama, bo widzi, że jakoś  jesteśmy z Karoliną za lekko ubrane, a tu całkiem zimno. I żebyśmy wsiadały, to nas podwiezie, gdzie trzeba. Opowiedziałam jej wszystko, zabrała nas do siebie, dała zupy, ogrzała. Nie pouczała, pozwoliła się wypłakać. Mówiła, że trzymajmy się razem, obie świeże mężatki, obie nowe w tej wiosce. Że zawsze mogę do niej przyjść. Zadzwonić. Siedziałam u niej aż do wieczora, wtedy wrócił jej mąż. I w chwilę potem przyjechał mój, bo panowie do siebie zadzwonili. Wróciłam do domu. Tego wieczoru Jurek już nie bił, może się krępował. Tylko wrzeszczał, żebym nie wciągała obcych ludzi w nasze sprawy. Obiecałam, że nie będę wciągać. Ale zaraz rano, kiedy Jurek poszedł do pracy, wpadła do mnie Sylwia, sprawdzić, czy wszystko w porządku.

            Ciocia Bożena rozcina i opróżnia żołądek, a potem układa go na gazetach obok korpusu.

            – Za godzinę będzie rosół. Zostaniesz?

            „Zostaniesz” zakończone tym westchnieniem oznacza „mogłabyś już iść, mam dość tej trudnej rozmowy”.

            – Mogę obrać włoszczyznę.

            Znowu wzdycha.

            Szukam w kredensie letniej kuchni obieraczki, bo nade wszystko nie lubię skrobać marchwi nożem. Przetrząsam szuflady.

            – Uważaj z tymi drzwiczkami, trzeba je… – Ciocia Bożena nie zdążyła powiedzieć „przytrzymać”, gdy drzwiczki łupią w szafkę obok, cały kredens się chwieje, spada z niego gar kamionkowy do kiszenia ogórków, podobny stoi i u nas, od zawsze. Ale kiedyś robili dobre gary, bo ten się tylko trochę obtłukuje przy brzegu.

            I coś się z niego wytacza. Coś białawego. Okrągłego. Z oczodołami. Nie mogę uwierzyć własnym oczom.

            – Jakaś nowa ozdoba? – pytam i stukam palcem w czerep. Nawet Dawid by się nie powstydził tego pytania.

            Bożena wyciera zakrwawione dłonie w fartuch, wyjmuje mi czaszkę z ręki i chowa za siebie, jakby to cokolwiek mogło zmienić.

            – Czyja to czaszka?

            – Zaraz wyjeżdżasz, zostaw to. Uwierz mi, tak będzie lepiej. Kiedy się czegoś nie wie, nie ma się z tym kłopotu. Zaufaj mi, proszę.

            Kolejna z cyklu próśb cioci Bożeny. Życie mnie nauczyło, że powinnam ich słuchać.

            Zaglądam jej w oczy. Jej spojrzenie aż pali.

            – Zostaw to – powtarza.

            Wciągam powietrze, które pachnie Domestosem, tak jak pachnie nim cała czaszka. Nic nie rozumiem z tej cioci Bożeny, tak, nadal podziwiam jej siłę, ale też zaczynam się jej bać.

Fragment powieści „Wdowinek” Anny Fryczkowskiej. Książka ukaże się 13 lutego nakładem wydawnictwa Świat Książki 

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: