wywiad

Joanna Jodełka: Historia sztuki to kopalnia tematów | Rozmawia Przemysław Poznański

Prawdziwa historia ukrywania „Bitwy pod Grunwaldem” podczas II wojny światowej jest fascynująca, ale starczyłoby jej może na dwadzieścia stron reportażu, który pewnie każdy przeczytałby bez sekundy znudzenia. Tego materiału jest jednak za mało, by napisać powieść. Bo w gatunku, który wybrałam, w powieści sensacyjnej czy historycznej z wątkami sensacyjnymi, potrzeba ciemnych charakterów, przeciwwagi do tych prawdziwych bohaterów tych wydarzeń, którzy rzeczywiście byli kryształowi, byli wspaniałymi ludźmi – mówiła Joanna Jodełka*, pisarka, autorka powieści „2 miliony za Grunwald” podczas spotkania, które prowadził Przemysław Poznański z zupelnieinnaopowiesc.com. W spotkaniu uczestniczyła też Karolina Zalewska**, współpracowniczka Muzeum Narodowego i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Przemysław Poznański: Historia ukrywania w czasie wojny „Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki jest znana – można do niej bez problemu dotrzeć. Z drugiej strony to historia zapomniana. Dlaczego? 

Joanna Jodełka: Nie mam pojęcia. To niemal gotowa historia sensacyjna i myślę, że w wielu krajach na jej podstawie napisano by wiele powieści i nakręcono kilka filmów. W Polsce mało kogo interesowała, bo bardziej lubimy martyrologię, niż hołubienie sukcesów. Na szczęście ja mam wprost przeciwnie. I stąd ta książka.

Joanna Jodełka, fot. Klaudia Kieliszczyk/zupelnieinnaopowiesc.com

Ale jak to się stało, że w ogóle zainteresowałaś się tą historią?

– Pewnie pamiętasz, że rozmawiałam z tobą o tym pomyśle – jeszcze bez szczegółów – jakieś trzy lata temu podczas warszawskich Targów Książki. A okolicznościami ukrywania „Bitwy” zainteresowałam się jeszcze wcześniej – znajomy kupił telewizor 3D i pokazał dokument o obrazie, swoistą trójwymiarową wycieczkę po płótnie. Poczułam się, jakbym zobaczyła go pierwszy raz, a przecież jestem z wykształcenia historykiem sztuki. Bo coś, co wydawało się wyświechtane, obśmiane choćby w serialu „Alternatywy 4”, nagle pokazało swój prawdziwy blask. Wtedy sięgnęłam po historię obrazu i od razu zauważyłam, że to doskonała opowieść. Nie wiedziałam jednak, jak ją pokazać, w jaki kostium ubrać. Myślałam nawet nad konwencją fantasy, w której bohater przenosi się w czasy bitwy. I wtedy moja przyjaciółka i znakomita pisarka Hanna Cygler najpierw we właściwy sobie sposób oceniła krytycznie moje pomysły, a potem przekonała mnie, że skoro sam temat jest tak bardzo zakurzony, ma patynę, jest ciężki, to powieść napisać trzeba lekko, szybko, sensacyjnie. Bardzo szanuję ją i jej zdanie, więc przemyślałam to i w końcu przyznałam jej rację.

Przywołujesz w niej szereg autentycznych postaci, istotnych dla ratowania obrazu. Pojawiają się więc w książce Stanisław Ejsmond, Bolesław Surałło-Gajduczeni, Stanisław Mikulicz-Radecki, Władysław Woyda, Roman Pieczyraka. Ale nie jest to książka popularno-naukowa, tylko powieść sensacyjna, która w równym stopniu czerpie garściami z faktów, co z wyobraźni.

– Prawdziwa historia jest fascynująca, ale starczyłoby jej może na dwadzieścia stron reportażu, który pewnie każdy przeczytałby bez sekundy znudzenia. Tego materiału jest jednak za mało, by napisać powieść. Bo w gatunku, który wybrałam, w powieści sensacyjnej czy historycznej z wątkami sensacyjnymi, potrzeba ciemnych charakterów, przeciwwagi do tych prawdziwych bohaterów tych wydarzeń, którzy rzeczywiście byli kryształowi, byli wspaniałymi ludźmi. Dlatego stworzyłam postaci fikcyjne, w tym Gerharda von Lossowa, arystokratę wiedeńskiego, który pała chęcią znalezienia i zniszczenia obrazu. W tym drugim przypadku mogłam też wykorzystać postaci autentyczne, bo znane są z imienia i nazwiska osób, które z ramienia hitlerowskich Niemiec szukały „Bitwy…”, ale mnie chodziło o to, żeby ich motywacje uchwycić w jednej wyrazistej postaci. Lossow – sam fikcyjny – uosabia prawdę o tym, że Niemcy chcieli zniszczyć „Bitwę…”, bo nie podobało im się, że przegrali 500 lat wcześniej starcie na polach Grunwaldu.

Przemysław Poznański, Joanna Jodełka i Karolina Zalewska w księgarni Tarabuk,
fot. Klaudia Kieliszczyk/zupelnieinnaopowiesc.com

Łącząc prawdę z fikcją dajesz nam niezwykle poruszająca scenę, gdy Lossow odwiedza matkę malarza Ejsmonda i próbuje wydobyć z niej informacje o „Bitwie…”.

– Z Ejsmondami to ciekawa historia. On wiózł „Bitwę pod Grunwaldem” do Lublina, a jego ojciec – podczas I wojny światowej, wywoził ten obraz do Moskwy. Prawdą jest, że matka malarza i dyrektora Zachęty była przesłuchiwana przez Niemców w sprawie działa Matejki, choć samo spotkanie to rzecz jasna fikcja. Chodziło mi jednak o pokazanie, że hitlerowcy naprawdę szukali obrazu i nie przebierali w środkach.

Drugą z fikcyjnych postaci jest Dziurawiec z lubelskiego półświatka, mocno niejednoznaczny, bo choć pomagający w ratowaniu obrazu, to raczej nie z pobudek patriotycznych.

– Szukałam bohatera, który by tak naprawdę tę historię opowiadał – od wywiezienia obrazu z warszawskiej Zachęty, aż po Lublin, gdzie płótno schowano. Przeczytałam fantastyczne wspomnienia „Mój Lublin” Róży Fiszman-Sznajdman, jej wspomnienia z dzieciństwa, gdzie opisała postać niejakiego Motyki, który trząsł ulicą, a jednocześnie w czasie wojny ratował Żydów. Ta postać zainspirowała mnie do stworzenia Dziurawca. On nie jest patriotą, jest lokalnym rzezimieszkiem i właśnie o kogoś takiego mi chodziło – kogo nie interesują ani hasła, ani slogany, ani patriotyzm. Który to co robi, robi ze zwykłej przyzwoitości. Zresztą autentyczni bohaterowie wydarzeń też pewnie kierowali się różnymi przesłankami. Nie wiem czy patriotycznymi, czy „historio-sztucznymi”, bo część z nich była muzealnikami, czy z chęci ochrony skarbów dla pokoleń, albo ze zwykłej przekory. Doświadczenie uczy, że hasłami o patriotyzmie najczęściej szastają politycy, bo nic ich to nie kosztuje. Uwypukliłam zresztą moment, gdy rząd polski, który dużo mówił o patriotyzmie, szybko ucieka za granicę, samochodami upakowanymi po dach. Ucieka przez Lublin, który za to został ostrzelany i ucierpieli ludzie.

Pokazujesz też, jak rząd w żaden sposób nie był zainteresowany ratowaniem „Bitwy pod Grunwaldem”. 

– Paradoksalnie, może i dobrze się stało, bo te zabytki, których chronieniem rząd postanowił się zająć, np. ołtarz Wita Stwosza, i które schowano zgodnie z wytycznymi, Niemcy znaleźli w ciągu miesiąca.

Przemysław Poznański, Joanna Jodełka i Karolina Zalewska w księgarni Tarabuk,
fot. Klaudia Kieliszczyk/zupelnieinnaopowiesc.com

Karolina Zalewska: Każda z instytucji kulturalnych była inaczej przygotowana na wybuch wojny i dużo zależało od dyrekcji. „Bitwa pod Grunwaldem” wisiała w Zachęcie, a jej dyrekcja kompletnie nie była przygotowana na wtargnięcie Niemców. Natomiast zbiory Muzeum Narodowego, gdzie notabene „Bitwa…” wisi dzisiaj, w momencie wybuchu wojny w większości były przeniesione do piwnic. Choć trzeba pamiętać, że ukrywano dzieła sztuki przed nalotami, a nie przed zagrabieniem. W Krakowie już 31 sierpnia 1939 roku „Hołd Pruski” Matejki został nawinięty na profesjonalny wał, schowany w cynową tubę i przygotowany do wywiezienia. Transport nastąpił już po wybuchu wojny.

JJ: Parę miesięcy przed wojną odbył się w Gdyni zlot muzealników. Nie padły żadne zalecenia dotyczące ochrony zabytków na wypadek wojny. Tyle tylko, żeby w razie czego wywozić na Wschód.

Bo pewnie mało kto wierzył, że wojna faktycznie wybuchnie, a jeśli nawet, to że potrwa tak długo. Opisujesz panującą w Polsce euforię, związana choćby z marzeniami Polaków o zamorskich koloniach, które zdawały się być na wyciągniecie ręki.

– Bo mieliśmy poważne zamiary kolonialne, istniała nawet Liga Morska i Kolonialna, dopraszaliśmy się kolonii, jako poszkodowani w czasie I wojny światowej, zresztą wielu popierało też anszlus Austrii, bo przecież i u nas były roszczenia terytorialne. Tym żyliśmy, dlaczego więc nagle mielibyśmy martwić się, co będzie z zabytkami, gdy wybuchnie kolejna wojna?

Joanna Jodełka i Karolina Zalewska w księgarni Tarabuk,
fot. Klaudia Kieliszczyk/zupelnieinnaopowiesc.com

Jest więcej takich historii jak ta z „Bitwą…”?

KZ: Na potrzeby badawcze śledziłam historię „Rejtana” i „Batorego” Matejki. One są akurat jakby z przeciwnego bieguna, Niemcy w pewnym sensie uratowali te obrazy, bo Rosjanie po wkroczeniu do Polski złożyli je w kostkę i przysypali naftaliną. Niemcy po zajęciu Lwowa, zadzwonili do polskiego konserwatora Jana Marksena i kazali mu się zatroszczyć o te dzieła. Ostatecznie jednak wywieźli je w 1944 r. na Śląsk.

JJ: Tych obrazów Niemcy nie chcieli zniszczyć, ale podobnie jak z „Bitwą…” chcieli postąpić z jeszcze jednym obrazem, czyli „Hołdem Pruskim”. Też go poszukiwali. Więc może przyjdzie czas, że i tę historię opiszę.

Tak jak ty mieszasz w książce prawdę z fikcja, tak i sama „Bitwa pod Grunwaldem” nie jest obrazem realistycznym, bo artysta miesza fakty historyczne z tym, co wymyślił, umieścił na płótnie postaci, których nie było na polu bitwy.  

– W malarstwie historycznym tego okresu nie chodziło o realny obraz bitwy, publiczność nie oczekiwała kadru z bitwy, ale czegoś, co można porównać do dzisiejszego serialu. I taka jest „Bitwa…”. Widzimy tu nie tylko wyimek z samej bitwy, ale i to, co ją poprzedzało oraz to, co było potem, czyli niewykorzystaną szansę. I tak, są tu osoby, które raczej nie uczestniczyły w samym starciu jak choćby Jan Žižka z Trocnova. Ale Matejko był synem Czecha, więc nie mógł sobie odpuścić. To jest bardziej wizja bitwy pod Grunwaldem, niż relacja z niej.

KZ: Matejko umieścił też na obrazie siebie, dając swoją twarz Janowi Długoszowi (ojcu kronikarza), który brał udział w bitwie. I tak dostajemy pewną sztafetę opowieści: ojciec opowiedział synowi o bitwie, ten ją opisał, a Matejko symbolicznie przejmuje tę pałeczkę. Sam Matejko nie znosił malarstwa realistycznego – jak zobaczył „Święto Trąbek” Aleksandra Gierymskiego, to głośno mówił, żeby nie iść tą drogą.

Spotkanie z Joanną Jodełką w księgarni Tarabuk,
fot. Klaudia Kieliszczyk/zupelnieinnaopowiesc.com

Jesteś, jak wspomniałaś, historykiem sztuki z wykształcenia, debiutowałaś kryminałem o znaczącym tytule „Polichromia”, za który dostałaś zresztą Nagrodę Wielkiego Kalibru. Potem jednak odeszłaś od tej tematyki, a teraz w ogóle od kryminału, z którego jesteś najbardziej znana. Wrócisz?

– Moja następna książka będzie kryminałem, napisanym z okazji 100-lecia Uniwersytetu Poznańskiego. Ale myślę, że wrócę do historii sztuki i do powieści z wątkami sensacyjnymi, bo bardzo dobrze się w tym czuję. Poza tym to kopalnia tematów.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Zdjęcia Klaudia Kieliszczyk

Spotkanie z Joanną Jodełką w księgarni Tarabuk zorganizowało wydawnictwo W.A.B.

* Joanna Jodełka – pisarka, scenarzystka, z wykształcenia historyk sztuki. Urodzona w Siedlcach, mieszka w Poznaniu. Autorka „Polichromii. Zbrodni o stu twarzach”, za którą otrzymała prestiżową Nagrodę Wielkiego Kalibru, „Grzechotki”, „Kamyka”, „Kryminalistki” i „Wariatki”, powieści fantasy „Ars Dragonia”, przewodnika po wielkopolskich zabytkach „Na ratunek aniołom, diabłom, świętym i grzesznikom” oraz powieści sensacyjno-historycznej „2 miliony za Grunwald”.  

** Karolina Zalewska – historyk sztuki, edukatorka Muzeum Narodowego w Warszawie, współpracowniczka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, prowadzi firmę specjalizującą się w kwerendach archiwalnych i opracowaniach zabytków na potrzeby prac konserwatorskich, projektów architektonicznych i muzealnych.

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.