Pierwiastek intymności | Maria Skłodowska-Curie, reż. Marie Noëlle

To nie jest biografia noblistki. Bo choć fabuła wrzuca nas w ważny dla bohaterki moment między jedną nagrodą Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk a drugą, to tak naprawdę pokazuje nam czas naznaczony przede wszystkim przez jej dwie wielkie miłości. A istotniejsze od naukowego jest tu tło społeczne z rodzącą się w bólach emancypacją kobiet.

PRZEMYSŁAW POZNAŃSKI

curie„Maria Skłodowska-Curie” to film skromny, czasem nadmiernie. Nie zobaczymy Sztokholmu, za który musi nam wystarczyć sala z podestem i krzesłami, w której bohaterowie głoszą wykłady noblowskie. Sam Paryż to też przede wszystkim laboratorium małżeństwa Curie, dziedziniec i wnętrza Akademii Francuskiej oraz garsoniera Paula Langevina. Ale to nie do końca zarzut. Nieco „telewizyjna” „Maria Skłodowska-Curie” – wbrew tytułowi, sugerującemu biografię od poczęcia do naturalnej śmierci – to film bardzo intymny i kameralny, ograniczający się do opowieści o dwóch wielkich uczuciach uczonej: do męża i do późniejszego kochanka. Gdzieś w tle pojawi się rad i wykresy nabazgrane kredą na tablicach, smutny pan ze Szwedzkiej Akademii Nauk, Albert Einstein oraz pionierskie metody walki z rakiem, ale buduje to jedynie otoczkę, która nawet nie próbuje nam wytłumaczyć złożoności i doniosłości badań małżeństwa Curie i samej Marii. Nawet ujmująca wizualnie nocna scena w laboratorium rozświetlonym wyłącznie niebieskim światłem radu jest tak naprawdę sceną intymną, w której najważniejsze jest to promieniowanie, które iskrzy między małżonkami.

Z seansu nie wyjdziemy więc ani na jotę mądrzejsi o wiedzę dotyczącą właściwości chemicznych odkrytych pierwiastków. Za to na pewno będziemy bogatsi o emocje towarzyszące najpierw miłości Marii do Pierre’a, potem te jeszcze intensywniejsze, związane z jej fascynacją żonatym mężczyzną i nienawiścią, która spotyka ją ze strony zdradzanej kobiety. A wszystko to tym gorętsze, że rozegra się na tle czasów, w których dopiero rodziło się prawo kobiet do samostanowienia. To prawda, że Curie mogła we Francji studiować, czego nie mógł jej dać zacofany system edukacji Królestwa Polskiego, ale już katedra na Sorbonie była z założenia poza jej zasięgiem. Co więcej – historia to znana – poproszono ją nawet o zrzeczenie się drugiego Nobla, gdy na jaw wyszedł jej romans, choć nikomu nigdy nie przyszłoby do głowy, by o to samo prosić znajdującego się w podobnej sytuacji mężczyznę.

Curie walczy więc ze stereotypami, choć dziś wiemy, że taką walkę wygrać trudniej, niż odkryć nowy pierwiastek, bo te same stereotypy pokutują wszak do dzisiaj. Noblistka mogłaby być patronką wszystkich tych kobiet (i wspierających je mężczyzn) w Polsce, których symbolem jest czarna parasolka, albo Amerykanek poniżanych przez Donalda Trumpa. Twórcy zdają sobie chyba sprawę z aktualności tej tematyki, o czym może świadczyć niespodziewana tyłówka filmu.

Film jest międzynarodową koprodukcją i otrzymujemy go na polskich ekranach w wersji francuskiej, co czasem razi, jak choćby wtedy, gdy Maria i jej siostra Bronisława dla porządku zamieniają pół zdania po polsku, by natychmiast płynnie przejść na język Moliera. I to nawet w sytuacjach, gdy rozmawiają tylko ze sobą. Za to trafiona w dziesiątkę wydaje się obsada, w której szczególnie zachwyca Karolina Gruszka grająca Marię Curie – kobietę odważną i bezkompromisową, a przy tym rozdartą między romantyczne uczucia a rozsądek oraz Iza Kuna, która po prostu jest Bronisławą, starszą siostrą, próbującą ratować Marię z opresji.

 

Przeczytaj też: Eko-baśń o zabijaniu | Pokot, reż. Agnieszka Holland

 

Maria Skłodowska-Curie, reż. Marie Noëlle

Belgia, Francja, Niemcy, Polska 2016/2017

Premiera w Polsce 3 marca 2017

Dystrybucja: Kino Świat