felieton

Spitsbergen | Felieton Dawida Kornagi

Czas cofnął się o godzinę i oficjalnie otworzył nam ciemny sezon. Kiedy mrok zapada tak wcześnie, wyobrażam sobie życie na Spitsbergenie. To miejsce za kołem podbiegunowym, gdzie rok dzieli się na okresy stałego światła, całkowitego braku słońca i fazy przejściowe. Jak w ogóle żyć w takich warunkach, a tym bardziej pisać? – pisze w październikowym felietonie Dawid Kornaga.

Mój kuzyn, człowiek czynu i wielkiej wytrzymałości na kaprysy pogody, zwłaszcza tej minus i jeszcze chłodniejszej, od wielu lat mieszka w Islandii (być może w poprzednim wcieleniu był Wikingiem i pustoszył te okolice). Dotąd wydawało mi się, że to prawdziwy twardziel, który spokojnie daje radę nieprzyjemnej aurze tej wyspy. Bo przy wichurach islandzki wiatr potrafi wyrwać drzwi z samochodu podczas otwierania. Albo zacinający poziomy deszcz. Tak, poziomy. Przez silne podmuchy wiatru. Mówią, że kobieta zmienną jest. Zmienna to jest dopiero tutejsza aura. W ciągu zaledwie kilkunastu minut można doświadczyć ostrego słońca, gęstej mgły, ulewy lub gradobicia. Trudno zaplanować cokolwiek bez pełnego rynsztunku pogodowego w plecaku. Każde wyjście może zakończyć się tragedią. Jak widać, myliłem się. Gdyż są miejsca, przy których Islandia, choć trudno uwierzyć, to sielanka. Czy mój hardkorowy kuzyn dałby tam radę? Pewnie tak. Choć do czasu. Efektownym przykładem antysielanki jest właśnie wyspa Spitsbergen, największa i jedyna stale zamieszkana w archipelagu arktycznego Svalbard, będącego częścią terytorium Norwegii. Mówiąc dokładniej, już bez konieczności szukania w Google Maps,Spitsbergen znajduje się głęboko za kołem podbiegunowym, na Oceanie Arktycznym.

Doprecyzujmy: ciemny sezon na Spitsbergenie trwa od końca października do połowy lutego. Przez blisko cztery miesiące słońce w ogóle nie wznosi się ponad horyzont; krajobraz zanurzony jest w szarości i długim zmierzchu. Wampiry miałyby tutaj używanie, prawda? Z kolei noc polarna zaczyna się gdzieś od połowy listopada i rozkłada parasol nad Spitsbergenem do końca stycznia. W efekcie niebo nie rozjaśnia się nawet w południe. A potem kolejne ekstremum: dzień polarny. W praktyce od połowy kwietnia do końca sierpnia panują rządy całodobowego światła. Rozregulowuje to życie, można powiedzieć, do granic możliwości. Wieczny dzień. Wampiry już dawno poukrywane w lodowych kryptach. Gdzie w takim razie jakaś normalność dla około trzytysięcznej populacji? Jedynie od marca do września, kiedy słońce jako tako wschodzi i zachodzi, powraca namiastka normalności, co nie zmienia faktu, że długość dnia zmienia się bardzo szybko.

Wracając więc do powyżej postawionego pytania, jak tu żyć tak na poważnie? Ze względów prawnych nikt nie może być pochowany na tej ziemi, a również nie może się urodzić. Ktoś zapyta: naprawdę? Zakaz pochówku na Spitsbergenie wynika z warunków klimatycznych, czyli wiecznej zmarzliny. Nie ma szans, by „dociśnięte” w niej zwłoki uległy rozkładowi. Niekiedy ekstremalna temperatura oraz całkowity brak aktywności biologicznej w ziemi (czytaj: robale) sprawiają, że bakterie czy wirusy zachowują się w ciałach zmarłych w stanie nienaruszonym. Jak jakieś jaja Obcych, którzy czyhają na nowych karmicieli. Z kolei obostrzenia dotyczące rodzenia są efektem braku odpowiedniego zaplecza. Nawet największa miejscowość, Longyearbyen, nie ma szpitala, gdzie należałoby przeprowadzić skomplikowany poród, nie mówiąc o cesarskim cięciu. Dlatego ciężarne przed rozwiązaniem muszą lecieć na stały ląd, czyli do Norwegii.

Trzeba siły i determinacji, żeby osiedlić się w tym miejscu. Na pewno rynek jest pełny miłośników surowych, arktycznych klimatów. O czym świadczy boom turystyczny na Spitsbergen; przypływają ogromne promy z setkami turystów, którzy mimo tworzenia klimatu hałastry przynoszą coraz większe wpływy z turystyki. Wyspa, która kiedyś słynęła z kopalni węgla, dzisiaj zaczyna przyciągać zwolenników „nordofilii”, czyli zamiłowania do krajów północy, ich kultury, przyrody czy stylu życia, nie wspominając o regularnym kupowaniu produktów do domu tylko w IKEA…

Tym bardziej nie wyobrażam sobie życia w tym rejonie dla autorów wszelkiej maści: pisarzy, scenarzystów, dramaturgów, dziennikarzy, malarzy i tak dalej. Być może w Longyearbyen żyją sobie wymienieni powyżej twórcy, lecz to musi być absolutny ułamek. Gdyby nawet dawali mi stypendium 3000 euro miesięcznie przez pół roku na Spitsbergenie, raczej bym się na nie nie skusił. Nie dałbym rady pisać, wymyślać, poprawiać, kiedy jest non stop dzień lub non stop noc. Założę się jednak, że są tacy, „to nie żart”, dla których byłoby to najlepsze rozwiązanie. Odosobnienie, ekstremalne warunki, do tego wszechogarniający ziąb, i to arktyczny, nie nasz europejski, co też potrafi dać w kość.

Z drugiej strony jestem pełen podziwu dla tych, którzy potrafią ogarnąć twórcze tematy, żyjąc w wysokich temperaturach. Kwestia przyzwyczajenia? Ja przy trzydziestu stopniach Celsjusza szukam wiatraka, a nie laptopa, by coś tam sobie popisać. Zazdroszczę takim gierojom. Wyobraźnia na pewno nie lubi jednostajności i wszystkiego, co może ją ograniczyć. Zbyt wiele minusów lub zbyt wiele plusów ostatecznie zamraża albo spala naszą inwencję.

Czytaj także:

Dodaj komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej