Niedawno obejrzałem w sieci koncertowy kawałek Dark Funeral. I uzmysłowiłem sobie, jak bardzo nowe “postzetki” mają potrzebę uczestniczenia w czymś na żywo. I nie musi to być blackmetalowy event dla potępieńców. Równie dobrze mogą bawić się na koncercie popowej gwiazdy z okazji dni jakiegoś miasta czy rave’owej imprezie plenerowej w postindustrialnej hali.
Bo im więcej życia online, tym większa potrzeba odreagowania offline. Algorytm Spotify podsunie zażerającą playlistę, ale nie spoci się obok ciebie w pogo. Nie porwie cię do headbangingu, nie pchnie w hardkor jumpstyle’u. Będzie przy tobie, nigdy w tobie.
To się czuje nawet bez scrollowania serwisów newsowych. Nadchodzi, a może już nadszedł potężny renesans teatru, koncertów, stand-upów i setek innych wydarzeń, które zapewniają kontakt z tak zwanym żywym człowiekiem. Jęczenie, że znikają kina, to tylko starcze marudzenie; kino alienuje odbiorcę, zamyka go w sterylnej ciemności, po seansie nic z tego dalej nie wynika. Streaming ostatecznie dobił resztki magii X muzy. Co nie godzi w kino jako takie, tylko w wyobrażenie, że zawsze musi to być jakaś sala, gdzie oglądamy coś z innymi ludźmi, niby razem, a jednak osobno. Nie mówiąc o irytującym pożeraniu popcornu i siorbaniu coli.
Tymczasem przedstawienie czy koncert ujmują definitywnym zderzeniem z kimś innym. Tutaj można kogoś realnie poznać, nawiązać znajomości, nawet zakochać się bez pośrednictwa ekranu smartfona. Nie mówiąc o przeżyciach wyższego rzędu. Bo kto nie był w tłumie, ten nie wie, co potrafi robić muzyka na żywo, nawet ta elektroniczna, z publicznością. To czysta, wręcz prymitywna “relacja”, której nie da się subskrybować. Można jedynie doświadczyć jej wszystkimi zmysłami.
Ostatnio na Dniach Ursynowa byłem na koncercie KSU, legendy polskiego punk rocka. To prawdziwy fenomen naszej sceny: zawsze pod prąd. Bez obciachu. Kiedy Siczka po raz pierwszy nadawał do mikrofonu, to ja ledwo wyrastałem z pieluch. Dzisiaj lider wygląda świetnie albo przynajmniej tak się prezentuje. Sam koncert przebiegł niezwykle, pod sceną kłębili się ich wieloletni fani, dosłownie od pokoleń. Widziałem dzieciaki, które mogłyby być dzisiaj wnukami muzyków KSU. Obok nich dziarskich dziadków i babcie znających każdy tekst na pamięć. A pamiętajmy, że teksty KSU to wyższa półka tekściarska. Te bieszczadzkie, gorzko-zadziorne strofy wchodzą w głowę i nie sposób o nich długo zapomnieć. A najlepiej wcale.
Wracając do publiczności. To był niezapomniany widok, kiedy kilka pokoleń bawiło się ramię w ramię przy KSU. Jak to możliwe, że jakaś siedemnastolatka nie tylko założyła koszulkę z ich logo, ale przyszła tam z paczką znajomych? Nie dlatego, że koncert darmowy, tylko dlatego, że autentycznie podoba się jej muzyka i przekaz KSU. I nie chodzi o stawianie jakiejś pomnikowej laurki dla kapeli, ona tego już nie potrzebuje, sama broni swojego miejsca od dekad. Chodzi o to, że potrzeba przeżywania czystych, niefiltrowanych emocji pozostaje w nas niezmienna. I to jest temat literacki, to jest temat überliteracki, którego cyfrowy świat nie potrafi okiełznać po swojemu, zamieniając w content do relacji czy rolki.
Socjolodzy mówią dziś o globalnym zjawisku JOMO (Joy of Missing Out, czyli radość z odłączenia się) oraz tzw. “gig trippingu”. Młode pokolenia masowo podróżują na festiwale nie po to, by słuchać muzyki (którą mają praktycznie za darmo w smartfonie), lecz żeby po prostu doświadczyć czegoś wspólnie. Z jednej strony Covid-19 drastycznie przyspieszył procesy technologiczne i mentalne związane z pracą oraz kontaktami online. Zamknął nas w słoikach Teamsów czy Zooma. Z drugiej, wielu ludziom, zwłaszcza tym młodym, odebrał narzędzia podstawowej socjalizacji. Zabrakło lekcji tego, jak zachować się “w tłumie”, jak nawiązywać relacje nie przez bezpieczne, retuszowane okienko Messengera czy Tindera, tylko bezpośrednio: oko w oko, zapach w zapach, z całą naszą biologią.
Dopiero teraz dwudziestokilkulatkowie odkrywają, co to naprawdę oznacza “na żywo”. Ten nagły głód bliskości rodzi jednak nieodzowne straty społeczne. Obserwujemy dziś syndrom szybkiego zakochiwania się na festiwalach i nagłych ślubów pod wpływem live-endorfinowego strzału, które równie szybko kończą się rozwodami. Emocjonalnie niedojrzali młodziacy rzucają się na głęboką wodę małżeńskich konsekwencji, a potem toną, dramatycznie ciągnąc za sobą innych.
Intrygująca wydaje się kwestia przyszłych relacji oraz tego, jak będziemy odreagowywać nieuchronność wszechobecnego życia online. Właśnie dlatego cyfrowy świat potrzebuje fizycznej, analogowej przeciwwagi. Błogosławić więc należy tych wydawców i promotorów, którzy wciąż ryzykują nakładami i wysyłają swoich autorów w teren. To najlepsi, żywi ambasadorzy wydarzeń w wersji live. Pisarz zawsze ma coś do powiedzenia. Nawet jak czasem bredzi, to przynajmniej bredzi prosto w oczy, ryzykując natychmiastową kontrę publiczności.
Czytelnicy, widzowie i w ogóle wszyscy odbiorcy potrzebują spotkań. Nie cyfrowej namiastki z TikToka, tylko tych realnych, głośnych, dusznych spotkań w klubach, kawiarniach i bibliotekach. I nie musi to być zaraz wielka premiera najnowszej powieści albo kolejnego sezonu serialu w streamie. Może to być zwyczajny event na temat spraw ważnych lub z pozoru nieistotnych, jednak fundamentalnie znaczących.
Ponieważ tam, gdzie oddychamy tym samym powietrzem, wciąż jeszcze tli się nasze, niech to zabrzmi górnolotnie, człowieczeństwo.

