Narrację trzeba zanurzyć w satyrze, a całości narzucić konwencję kryminału lub nawet powieści grozy – to być może jedyny sposób, by w ogóle opowiedzieć o wymierzaniu kary za zbrodnie tak naprawdę nigdy nieukarane – o „Drzewach” Percivala Everetta pisze Przemysław Poznański.

Amerykańska ustawa uznająca lincz za federalną zbrodnię z nienawiści, została podpisana 29 marca 2022 roku przez prezydenta Joe Bidena. Rok po ukazaniu się powieści Everetta i w tym samym roku, w którym „Drzewa” nominowane były do prestiżowej nagrody Bookera. To zapewne zbieg okoliczności, choć przecież powieść jest właśnie historią linczu – nie tyle opowieścią o jednej konkretnej sprawie, która staje się przyczynkiem dla fabuły, ale historią rozumianą dosłownie, a więc jako ciąg zdarzeń, ciąg zbrodni na tle rasistowskim, naznaczających pokolenie za pokoleniem.
Na Południu bez zmian
Everett zaszywa jednak tę wielką Historię w opowieści na poły udającej kryminał, na poły będącej ostrą satyrą na amerykańskie Południe, a szczególnie prowincję i ludzi żyjących wciąż w oparach idei Klu Klux Klanu i białej supremacji. Jeśli jednak rozśmieszy nas to raz po raz, jeśli biały policjant obnaży swym zachowaniem intelektualne braki, a posiedzenie członków Klanu przypominać będzie komedię absurdu, to przecież zawsze będzie to śmiech, który szybko zamiera pod ciężarem zła, którego ci ludzie i im podobni, byli zdolni się dopuścić.
Swego czasu Colson Whitehead [WYWIAD] w nagrodzonej Pulizerem „Kolei podziemnej” użył do opisania historii rasizmu konwencji baśniowej groteski, przedstawiając nam nie tyle prawdziwe oblicze konkretnych amerykańskich stanów, które przemierza bohaterka, Cora, co symboliczne krainy – niczym z „Podróżach Guliwera” – odzwierciedlające mentalność poszczególnych grup społecznych Stanów Zjednoczonych z początku XIX wieku. Everett na swój sposób podąża tym tropem – wychodzi najwyraźniej z założenia, że realizm mógłby nie unieść ciężaru tej opowieści, przyniósłby patos, który wzrusza, ale niekoniecznie porusza i cokolwiek zmienia. A „Drzewa” miały poruszyć i poruszają. Banalnością okrutnej, bezmyślnej zbrodni, kierowanej jedynie nieuzasadnionymi niczym uprzedzeniami i bezinteresownym okrucieństwem.
Krótka lista krzywd Babci C
Jesteśmy w Money, w stanie Missisipi. To tutaj pewnego dnia zamordowany zostaje biały rozrabiaka i świniokrad Junior Junior Milam – ciało mężczyzny jest mocno okaleczone, ale najdziwniejsze jest to, że na miejscu zbrodni śledczy znajdują też ciało młodego czarnego mężczyzny o opuchniętej, zmasakrowanej twarzy. Jeszcze bardziej niepokojąco robi się, gdy zwłoki tego drugiego znikają z zamkniętego na głucho prosektorium.
Na miejsce wysłani zostają z Hattiesburga, stolicy hrabstwa Forrest, dwaj czarnoskórzy detektywi specjalni z MBI, Jim Davis i Ed Morgan. Ich zadaniem jest odnalezienie zwłok Afroamerykanina, ale szybko okazuje się, że w Money dochodzi do kolejnej, bardzo podobnej zbrodni. We własnej łazience zamordowany zostaje kuzyn Milama, Wheat Bryant. I tu znowu znalezione zostają także zwłoki czarnego mężczyzny – te same, które zniknęły wcześniej. Obaj biali mężczyźni są krewnymi Babci C, staruszki, która w zadumie podczas rodzinnych spotkań powtarza: „Skrzywdziłam tego Murzynka”.
Litania nazwisk Mamy Z
Money nie jest nazwą wymyśloną. To autentyczna miejscowość, w której w 1955 roku doszło do brutalnego linczu na 14-letnim czarnoskórym chłopcu, Emmetcie Tillu, oskarżanym przez białą dziewczynę, Carolyn Bryant, o to, że zwrócił się do niej w obraźliwy sposób. Chłopiec został brutalnie okaleczony i zamordowany, ale ława przysięgłych – złożona wyłącznie z białych mężczyzn – uniewinniła sprawców. Sama Carolyn poniewczasie przyznała, że wszystko zmyśliła: chłopak nawet na nią nie spojrzał. Tymczasem niektórzy są przekonani, że ciało czarnego mężczyzny znalezione na miejscach zbrodni wygląda całkiem jak Emmett Till.
To właśnie sposób w jaki Everett opowiada nam tę historię – zderza porażające fakty z fikcją na pograniczu realizmu i groteski. Wrzuca nas w fabułę pełną niedających się wyjaśnić zdarzeń, zapełnia stronice postaciami tak niejednoznacznymi jak choćby Mama Z, kobieta wydająca się żyć na pograniczu światów, odwołuje się też do mistyki rodem z horroru, by jednocześnie kilkustronicowy rozdział zapełnić jedynie nazwiskami autentycznych ofiar linczów.
Chili kelnerki Dixie
„Drzewa” są opowieścią o nieukaranej zbrodni – nie tylko zabójstwie Tilla, ale wszystkich tych zbrodniach na czarnych, których nigdy nie rozliczono. Co więcej – bagatelizowano je i przemilczano. A w zasadzie wciąż się je bagatelizuje i przemilcza, i wciąż nie wskazuje się winnych. „Jeśli lubi pan chilli, to nasze pan znienawidzi” – mówi w pewnym momencie do detektywów z MBI kelnerka Gertruda, używająca pseudonimu „Dixie”. Ta przyjacielska rada w kontekście przesłania powieści może być uznana za swego rodzaju manifest. Nie można bowiem udawać, że coś jest czymś, czym nie jest. Zbrodnia jest zbrodnią, kara musi być karą.
Percival Everett daje nam powieść dojmującą. Właśnie dlatego, że chwilami wręcz zabawną, operującą groteskowymi przerysowaniami, sytuacjami niemalże komiksowymi, albo zahaczającymi o mistykę czy nadnaturalność. Bo w pewnym momencie orientujemy się, że to maska bólu, wielopokoleniowych traum, o których nie da się, być może, opowiedzieć inaczej, by zachować siłę do uporczywego wskazywania winnych. Tak długo, aż zostaną ukarani i żadne maski nie będą już potrzebne.
Percival Everett, Drzewa (The Trees)
Tłum. Tomasz Macios
Marginesy, 28 stycznia 2026
ISBN: 9788368549621

