Matczyzna to miejsce gdzieś w okolicy serca, które jest często miejscem poranionym, ale czy chcemy, czy nie, nie możemy od tego miejsca uciec, bo zawsze mamy je przy sobie – mówi Małgorzata Żebrowska, autorka powieści „Matczyzna”. Rozmawia Przemysław Poznański.
OBEJRZYJ FILM
Czy da się zerwać raz na zawsze sznur, na który niczym korale z bursztynu nanizane są losy kolejnych pokoleń kobiet przekazujących sobie wiano traum?
To kim jesteśmy, okazuje się być sumą krzywd. Nasze wybory, nasze wątpliwości, nasze kompleksy i porażki, ale nawet małe zwycięstwa, to pochodna sztafety pokoleń, w której jesteśmy tylko ostatnimi – jak na razie – z biegnących. W „Matczyźnie” nic bowiem, co dotyczy Basi, głównej bohaterki i pierwszoosobowej narratorki, wszystkich jej traum i lęków, jej ciągłych prób przypodobania się innym, nie dzieje się bez przyczyny, lecz jest głęboko zakorzenione w tym, czego doświadczyły matka i babcia, w ich słabościach, w ich osobistych strachach.
Jest w powieści scena, gdy Basia, znajduje w szkatułce babci Krysi korale z bursztynu. Matka zachęca ją: weź, babcia by tego chciała. To pozornie przyjazny gest, nienachalny symbol międzypokoleniowych więzi, lecz przecież przekonamy się szybko, że nic w tej powieści nie jest bezkarne i nic nie jest bezpieczne, tym bardziej gdy dotyczy relacji matka-córka. Dlatego bursztyn nie będzie tu olśniewał refleksami światła, lecz stanie się symbolem pułapki – tak dla zatopionych w żywicy owadów, jak i dla bohaterek, a we frazie „więzi rodzinne” wybrzmiewać będzie przede wszystkim groźba emocjonalnego spętania.
Przeczytaj całą recenzję

