wywiad

John Glatt: Sprawa musi mnie poruszyć, żebym włożył serce w napisanie książki | Rozmawia Przemysław Poznański

Nie zdarza się codziennie, że synowie multimilionerów zabijają swoich ojców. Była w tym pewna tajemnica, bo czegoś takiego nikt nie spodziewałby się w takim miejscu jak Manhattan. Poczułem się zaintrygowany – mówi John Glatt, autor książki true crime „Złoty chłopak”. Rozmawia Przemysław Poznański.

John Glatt, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Przemysław Poznański: „Złoty chłopak”, a poniekąd też inne książki, choćby „Zaginione dziewczyny”, to historie ludzi, którzy z tej czy innej przyczyny są podatni na zło. Ale to też opowieść o tym, że nie chcemy dostrzegać zła, mimo jego wyraźnych symptomów, nawet gdy dzieje się tuż obok. Dlaczego tak się dzieje?

John Glatt: W przypadku „Zaginionych dziewczyn” sprawca porwań młodych kobiet i gwałtów na nich, Ariel Castro, żył na widoku, był dobrym, a wręcz bardzo lubianym, sąsiadem, jako muzyk grywał w lokalnych klubach. Nikt nawet nie przypuszczał, jakiego zła mógł się on dopuścić. A w tym samym czasie, przez całe lata więził w piwnicy trzy dziewczyny. Przeprowadzałem wywiad z jego dziewczyną, która była wstrząśnięta tym, co wyszło na jaw, ale jednocześnie – jak twierdziła – nocowała u niego i nigdy nie usłyszała nawet jednego niepokojącego dźwięku. Nic nie słyszała, bo Castro wygłuszył pomieszczenie. Czasem więc nie jesteśmy w stanie wiedzieć, że wokół nas rozgrywa się zło. Innym przykładem jest historia opisana w „Rodzinie z domu obok” o rodzinie Turpinów. To było małżeństwo, które znęcało się nad swoimi dziećmi. Mieszkali w trzech różnych stanach – w żadnym miejscu nikt nie zwrócił uwagi na to, co się u nich dzieje.

W przypadku Tommy’ego Gilberta jr., o którym opowiada „Złot chłopak” te symptomy było jednak widać, tylko trzeba było chcieć je zauważyć. Mówię o wszystkich jego zachowaniach odbiegających od normy, fobiach, obsesjach, nerwicach natręctw, w końcu konflikcie z kolegą, Peterem Smithem jr. i wiążącym się z tym podpaleniem domu. Była nawet diagnoza lekarska, stwierdzająca chorobę psychiczną. Mam wrażenie, że w tym przypadku nie chciano tego zauważyć. Albo ignorowano to wszystko, tłumacząc sobie jego zachowania fanaberiami chłopaka z bogatego domu.  

– Chyba przez długi czas kładziono to na karb jego introwertyczności czy nieśmiałości. Uważano, że jest wycofany, a w związku z tym ma jakieś swoje dziwactwa. Kiedy był nastolatkiem, uważał, że może zostać zakażony, jednemu ze swoich współlokatorów podczas nauki w Deerfield Academy wyrzucił wszystkie ubrania, w przekonaniu, że go skażą. Na pewno o wszystkim tym wiedzieli rodzice, byli w stanie coś dostrzec, natomiast dla innych był chyba jednak przede wszystkim dziwakiem. I dopiero gdy doszło do epizodu z Peterem Smithem, gdy Gilbert uciekł się do przemocy, być może dopiero wtedy niektórzy zrozumieli, że coś tu nie gra.

Czasem nie jesteśmy w stanie wiedzieć, że wokół nas rozgrywa się zło. Przykładem jest historia opisana w „Rodzinie z domu obok” o rodzinie Turpinów. To było małżeństwo, które znęcało się nad swoimi dziećmi. Mieszkali w trzech różnych stanach – w żadnym miejscu nikt nie zwrócił uwagi na to, co się u nich dzieje.

Książkę zaczyna pan od morderstwa, którego dopuszcza się Tom Gilbert jr. Wchodzi do gabinetu swojego ojca i strzela mu w głowę. Pierwsza myśl żony ofiary i matki mordercy brzmi: „Och, Tommy, jesteś jeszcze bardziej chory, niż myśleliśmy”.

­– Ojciec Shelley Gilbert, matki Tommy’ego, w połowie lat 60. XX wieku popełnił samobójstwo. Cierpiał na chorobę dwubiegunową, był leczony w szpitalu psychiatrycznym w Connecticut. Pewnego dnia wszedł na piąte piętro budynku i wyskoczył z okna. To wywołało u jego córki traumę. Wydaje mi się, że to mogło być powodem, dla którego wolała nie dostrzegać u syna niepokojących symptomów, wypierała je. Nie chciała się pogodzić z tym, że też może być poważnie chory. Z drugiej strony – tak jak mówiłem – pewne zachowania swojego dziecka jego rodzice dostrzegali, mieli z nim przecież ciągle kłopoty. Na pewno niepokoiło ich, że ma prawie 30 lat i ciągle nie jest w stanie utrzymać się w żadnej pracy, i wciąż muszą mu wypłacać kieszonkowe. Natomiast nie przypuszczali – i do tego odnosi się wspomniany przez pana cytat – że Tommy będzie w stanie zabić kogoś, a zwłaszcza swojego ojca.

John Glatt, Złoty chłopak, Wydawnictwo Filia 18 września 2024, ISBN:
9788383576657

W książce znajdziemy rozdział, w którym cofa się pan o kilka pokoleń, pokazując z jakich rodów wywodzą się ojciec i matka Tommy’ego Gilberta jr. Dlaczego zdecydował się pan na taki zabieg?

Zawsze, przy wszystkich moich książkach staram się sięgać jak najgłębiej w przeszłość, bo wydaje mi się, że tam można znaleźć korzenie pewnych późniejszych zachowań. W przypadku Gilberta rzeczywiście jednak cofnąłem się aż o pięć czy sześć pokoleń i doszukałem się naprawdę wybitnych osobistości. Jeden z przodków Tommy’ego Gilberta jr. był założycielem miasta Newark, w New Jersey, inny był gubernatorem stanu Connecticut. Trzeba zrozumieć, że to także ma wpływ na dojrzewanie młodej osoby, obarczonej takim dziedzictwem. On wychowywał się w domu, w którym stały meble pozostające w rodzinie przez setki lat. Tradycja i dziedzictwo były dla niego bardzo ważne.

Pisze pan, że „Złoty chłopak” to bez wątpienia pana najtrudniejsza książka. Pisał ją pan kilka lat, także dlatego, że zajął się pan sprawą zaraz na początku, gdy tylko wyszła na jaw i potem śledził jej przebieg aż do wyroku. Czy z tego wynikała owa trudność?

– Faktycznie, pisanie zajęło mi pięć lat. Żadnej innej książki nie pisałem tak długo. To było frustrujące, bo najwięcej czasu zajął właśnie proces sądowy. Pojawiły się podczas niego komplikacje, tymczasem ja miałem dedlajn na napisanie książki, no i musiałem go przesuwać, nie ze swojej winy, bo proces trwał i trwał. Chciałem być – i byłem – na każdej rozprawie, tyle że często je odraczano i wyznaczano nowe terminy. Był nawet taki moment w trakcie postępowania, gdy sąd stwierdził, że Gilbert nie jest w stanie stawiać się w sądzie ze względu na swoje problemy psychiczne. Potem tę decyzję zmieniono. Kiedy indziej Alex Spiro, mecenas reprezentujący Gilberta zmienił kancelarię, w związku z czym musiał oddać tę sprawę i wówczas  przejął ją Arnold Levine. To wszystko razem sprawiło, że proces trwał pięć długich lat – trudnych i pełnych komplikacji. Dlatego nazywam tę książkę najtrudniejszą.

John Glatt, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

W pracy reportera, dziennikarz, autora true crime – jak mi się zdaje – szczególnie trudnym wydaje mi się docieranie do świadków, którzy często są związani emocjonalnie czy to ze sprawcą, czy z ofiarami. Trzeba umieć porozmawiać z tymi osobami tak, żeby ich do siebie nie zrazić, nie urazić ich uczuć, a jednocześnie pozostać w zgodzie ze sobą jako reporterem.

– Rzeczywiście tak jest. Szczególnie trudne było to w przypadku tej książki, jednakże udało mi się porozmawiać z matką Tommy’ego Gilberta i jego dziewczyną. I owszem, potrzebowałem czasu, żeby mi zaufały i otworzyły się przede mną. Doszło do tego dopiero po zakończeniu rozprawy, wcześniej w ogóle nie chciały rozmawiać. Drugą grupą moich rozmówców byli znajomi i przyjaciele sprawcy. To najwyższe kręgi socjety Manhattanu, więc w ogóle nie chcieli, aby ktokolwiek ich nazwisko kojarzył ze sprawą człowieka, który zabił swojego ojca, a był przecież jednym z nich. Ładnych parę lat mi zajęło, zanim niektórzy z nich zgodzili się ze mną rozmawiać, ale i tak w większość z nich zastrzegła sobie anonimowość. Były też osoby, które kategorycznie odmówiły rozmowy ze mną, ale pojawiały się podczas procesu i zeznawały w jako świadkowie. Po to by poznać ich wersję wydarzeń, dowiedzieć się co myślą, chodziłem na każdą rozprawę i robiłem notatki. Jedną z tych osób był wspomniany już Peter Smith. I to jest kolejny powód tłumaczący, dlaczego uważam tę pozycję za szczególnie trudną.

Porozmawiajmy zatem jeszcze chwilę o researchu, dokumentowaniu. Pana książki opierają się na bardzo wielu źródłach. To nie tylko akta sądowe, czy doniesienia prasowe, ale właśnie rozmowy ze świadkami, nawet pańskie wrażenia z osobiście odwiedzanych miejsc. Który element tego researchu jest dla pana najważniejszy – może nawet decydujący o tym, że dana książka powstanie?

– Kluczowym elementem jest to, by pojawić się w miejscach przestępstw. Zawsze jeżdżę do wszystkich miejsc związanych z danym tematem. W przypadku „Złotego chłopaka” byłem w Hamptons, byłem w szkołach, do których uczęszczał Gilbert jr., byłem w Princeton, gdzie studiował. Wydaje mi się, że odwiedzanie takich miejsc pozwala poznać atmosferę miejsca, co może pomóc w zrozumieniu tego, jak wyglądały rozgrywające się tam zdarzenia.

Pewne zachowania swojego dziecka jego rodzice dostrzegali, mieli z nim przecież ciągle kłopoty. Na pewno niepokoiło ich, że ma prawie 30 lat i ciągle nie jest w stanie utrzymać się w żadnej pracy, i wciąż muszą mu wypłacać kieszonkowe. Natomiast nie przypuszczali, że Tommy będzie w stanie zabić kogoś, a zwłaszcza swojego ojca. Stąd słowa matki: „Och, Tommy, jesteś jeszcze bardziej chory, niż myśleliśmy”.

Wspomniał pan, że „Złoty chłopak” był najtrudniejszą dla pana książką pod względem pisania. A która była najbardziej wymagająca emocjonalnie?

– Bez wątpienia „Idealny tata”, opowiadający o Chrisie Wattsie, który zamordował swoją żonę i dwie córeczki. Było to dla mnie trudne emocjonalnie, bo bardzo zbliżyłem się do jego matki. W ramach researchu do książki pojechałem do Karoliny Północnej, gdzie rozegrała się ta tragedia. Znalazłem adres tej kobiety. Zastałem ją w ogródku i poprosiłem o rozmowę, ale odmówiła. Nie nalegałem, ale zostawiłem jej wizytówkę. Gdy pojechałem zobaczyć szkołę, w której uczył się Watts i zrobić zdjęcia, matka sprawcy zadzwoniła do mnie i stwierdziła, że zmieniła zdanie i jednak ze mną porozmawia, ale tylko przez telefon. Z czasem jednak nasze relacje stały się bliższe, poznałem całą jej rodzinę i przez to zaangażowałem się w całą sprawę emocjonalnie – na płaszczyźnie osobistej bardzo polubiłem tę kobietę. Widziałem jak bardzo nie jest w stanie uwierzyć w to, że jej syn zamordował jej wnuczki. Kiedyś zadzwoniła do mnie w środku nocy i dopytywała czy naprawdę uważam, że on to zrobił. Niestety, musiałem potwierdzić, bo tak uważałem, opierając się na całym materiale dowodowym. To było jednak bardzo trudne.  

Przerażające było dla mnie też, że gdy Watts został skazany i przebywał w więzieniu, dowiedziałem się od jego matki, że sprawca pisuje listy do zamordowanych przez siebie córek, wysyła je na adres matki, a ona odczytuje je na grobach wnuczek.

Czy zdarzyło się przez lata pisania o zbrodniach, że trafił pan na temat, który z tych czy innych powodów, być może właśnie emocjonalnych, musiał zarzucić? Albo może jest taka sprawa, której by się pan nie podjął opisać?

– Nie ma tematów, które odrzuciłbym z definicji. Zdarzało mi się za to, że zawierałem umowę z wydawnictwem na książkę, gdy jednak zaczynałem się zajmować tematem, okazywało się, że z takich czy innych powodów to nie wyjdzie, bo albo nie będzie to dobra książka, albo istnieją jakieś inne trudności, których nie pokonam.

Co w takim razie musi być w danej sprawie, że ona pana nie tylko zaciekawi, ale i zdecyduje się pan poświęcić na jej zdokumentowanie i napisanie nawet kilka lat, jak w przypadku „Złotego chłopaka”?    

– W przypadku każdej książki jest to coś innego, więc trudno wskazać wspólną cechę. Musi to być temat, który mnie zainteresuje, ale będzie też według mnie interesująca dla czytelników. Jeśli jakaś sprawa nie poruszy mnie, to nie włożę serca w pisanie książki o niej.

Co było tym impulsem w przypadku „Złotego chłopaka”?

– Ta sprawa była bardzo głośna. Telewizje śledziły sprawę na bieżąco. Samo zabójstwo wydarzyło się około godziny czternastej, potem Tommy zabarykadował się w swoim mieszkaniu i już w czasie, gdy policja była w drodze do niego, w wiadomościach w Nowym Jorku mówiono o tej zbrodni. Od razu  mnie to zainteresowało. Nie zdarza się codziennie, że synowie multimilionerów zabijają swoich ojców. Była w tym więc pewna tajemnica, bo czegoś takiego nikt nie spodziewałby się w takim miejscu jak Manhattan. Poczułem się zaintrygowany.

Jest pan autorem już dwudziestu pięciu książek z gatunku true cime. Nie zaczynał pan od tego gatunku, ale właśnie w jego kierunku ostatecznie poszedł. Skąd ten wybór, by pisać książki z wielu względów niełatwe, także – o czym mówiliśmy – emocjonalnie?

– Moje pierwsze książki były rzeczywiście zupełnie inne. Dorastałem w latach 60., więc pisałem książki o rock’n’rollu, monografie zespołów rockowych, potem napisałem nawet biografię Rivera Phoenixa, wydałem książkę o rodzinie książęcej Monako: Grace, Albercie i Stefanii. Jednak true crime ciekawiło mnie od zawsze, lubiłem oglądać w telewizji programy pokazujące kulisy prawdziwych zbrodni, lubię też kino noir. Gdy zatem pojawiła się szansa na to, by napisać taką historię, natychmiast się za to zabrałem i tak pojawiła się pierwsza książka w tym nurcie, „For I Have Sinned”, dotycząca księży, którzy zabijali.

John Glatt, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Każda z opisanych przez pana spraw mogłaby by stać się kanwą dla powieści kryminalnej. Dla fikcji. Nie kusiło pana nigdy, żeby skierować się w tę stronę? To dawałoby choćby możliwość wymyślenia innego zakończenia sprawy? Bardziej być może satysfakcjonującego, bardziej sprawiedliwego?

 Szczerze mówiąc, miałem taki pomysł. Pojawiła się historia, na bazie której zamierzałem napisać powieść. Porozmawiałem o tym z agentką, a ona zasugerowała mi, żebym najpierw spróbował napisać pierwszych sto stron. Napisałem, ona przeczytała i poradziła mi, żebym wrócił jednak do książek opartych na faktach. Posłuchałem tej rady (śmiech).

Udało mi się porozmawiać z matką Tommy’ego Gilberta i jego dziewczyną. Owszem, potrzebowałem czasu, żeby mi zaufały i otworzyły się przede mną. Doszło do tego dopiero po zakończeniu rozprawy, wcześniej w ogóle nie chciały rozmawiać. Drugą grupą moich rozmówców byli znajomi i przyjaciele sprawcy. To najwyższe kręgi socjety Manhattanu, więc w ogóle nie chcieli, aby ktokolwiek ich nazwisko kojarzył ze sprawą człowieka, który zabił swojego ojca, a był przecież jednym z nich. Ładnych parę lat mi zajęło, zanim niektórzy z nich zgodzili się ze mną rozmawiać, ale i tak w większość z nich zastrzegła sobie anonimowość.

Czy książki true crime są też ostrzeżeniem, przestrogą, by rozglądać się wokół siebie, bo może gdzieś obok wydarza się zło, którego nie widzimy, bo jesteśmy może zbyt zapracowani, zajęci własnymi sprawami?

– Można tak odbierać te książki, zwłaszcza w przypadku „Rodziny z domu obok”. Dzieci Turpinów uważano za dziwne, ale nie było na to żadnej reakcji. Może ktoś nie chciał być wścibski? Może nie chciał się pakować w nie swoje sprawy? Może więc książki o zbrodniach powinny być inspiracją do tego, żeby jednak czasem zadać pytanie, przyjrzeć się bliżej temu, co nas niepokoi, dziwi, zgłosić to do odpowiednich służb. Bo zło może się rzeczywiście rozgrywać w domu obok, w pozornie zwykłej rodzinie.

Istnieje takie filozoficzne pytanie: unde malum. Skąd bierze się zło. Czy po napisaniu dwudziestu pięciu książek, zbliżył się pan do próby rozstrzygnięcia tej kwestii?

– To intrygujące pytanie, na które niestety nie mam odpowiedzi. Koresponduje ono z pytaniem: nature or nurture, wrodzone czy nabyte. Nie wiemy tego. Są teorie, że zło może być skłonnością wrodzoną, ale są i tacy specjaliści, którzy dowodzą, że to kwestia wychowania, otoczenia, konkretnych zdarzeń. Nie jestem psychiatrą ani lekarzem, więc tego nie rozstrzygnę.

Jest teraz jakaś konkretna sprawa, która pana zainteresowała? Nad czym pan teraz pracuje?

– Pracuję teraz nad tą książką, o której wspominałem w kontekście niedoszłej powieści. To będzie true crime osadzone w historii. Sprawa wydarzyła się w Londynie w roku 1967. Piękna, młoda Francuzka została zamordowana przez Amerykanina, młodego chłopaka z bardzo zamożnej londyńskiej rodziny. Do zabójstwa doszło pod wpływem LSD i sprawa przez to zapisała się w annałach historii prawa brytyjskiego, ponieważ po raz pierwszy w historii obrona dowodziła, że sprawca nie jest odpowiedzialny za zabójstwo, bo był na haju i nie wiedział, co robi. To zbiegło się z kłopotami, jakie z powodu narkotyków mieli wtedy znani muzycy, tacy jak Donovan, The Rolling Stones czy nawet Beatlesi.

Rozmawiał Przemysław Poznański

* John Glatt – urodził się w Londynie, ale w 1981 roku przeprowadził się do Nowego Jorku. Dziennikarz śledczy, autor 25 książek z gatunku true crime oraz pięciu biografii. Pierwszą książkę, „Rage & Roll: Bill Graham and the Selling of Rock” wydał w 1993 roku. Jego pierwsza książka z gatunku true crime, „For I Have Sinned: True Stories of Clergy Who Kill” ukazała się na rynku w 1998 roku. Później powstały m.in. „Zaginione dziewczyny”, „Rodzina z domu obok”, „Idealny tata”, „Sprawa Josefa Fritzla”, „Mój słodki aniołku” i „Złoty chłopak”.  

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej