recenzja

Rodzinne sekrety | Anthony Horowitz, Morderstwa w Marble Hall [recenzja]

Grając po mistrzowsku z konwencją klasycznego kryminału, Anthony Horowitz buduje w „Morderstwach w Marble Hall” złożoną intrygę, osnutą wokół opowieści o relacjach tak toksycznych, że prędzej czy później muszą doprowadzić do śmierci. Recenzuje Przemysław Poznański.   

Lubicie atmosferę powieści Agathy Christie? Szczególnie tych, rozgrywających się w posiadłościach zarazem urzekających, jak i budzących nastrój niepokoju już od chwili przekroczenia ich bram, których mury poznały i na zawsze zataiły przed światem niejedną tajemnicę? Jeśli tak, to „Morderstwa w Marble Hall” są dla was. Tym bardziej że nie są powtórką z rozrywki, lecz inteligentną, wielopoziomową grą z konwencją, wykorzystującą jej najważniejsze elementy, jak choćby zagadkę zamkniętego pokoju, ale tylko po to, by dać opowieść na wskroś współczesną – o wielkich pieniądzach i wielkich traumach.   

Opowieść ta toczy się, podobnie zresztą jak poprzednio, dwutorowo – Anthony Horowitz przyzwyczaił nas już do tego wcześniejszymi tomami z serii. „Morderstwa w Somerset” i „Morderstwa w Suffolk” – to powieści, w których mamy do czynienia zarówno z na bieżąco rozwiązywaną zagadką, jak i z sekretem morderstwa opisanego w przytaczanej w sporych fragmentach powieści o detektywie Atticusie Pündzie, pisanej przez jedną z postaci, Alana Conwaya, a redagowanej przez główną bohaterkę cyklu, a zarazem pierwszoosobową narratorkę – Susan Ryeland. 

Atticus powraca

Kto jednak czytał poprzednie części, ten wie, że tym razem historia musi być inna. Conway wszak nie żyje, na pewno więc nie napisze już kolejnej książki, jego zabójca siedzi w więzieniu, a Ryeland – która dwukrotnie z powodu powieści o Pündzie o mało nie straciła życia – mieszka na Krecie i stara się trzymać z dala od toksycznego literackiego światka. Do czasu jednak – sielski grecki żywot ją nuży. Uczucie do partnera, mężczyzny poznanego jakiś czas wcześniej, wygasa i redaktorka decyduje się wrócić do Londynu. Tu czeka ją niespodzianka – ma zająć się nową powieścią… o słynnym detektywie.

A jakby tego było mało, jej autorem jest niejaki Eliot Crace, wnuk słynnej na całym świecie autorki książek dla dzieci, Miriam Crace. Susan doskonale go zna – pracowała z nim przy poprzednich powieściach, które jednak nie odniosły sukcesu. Tym razem ma być inaczej – wszak wszyscy chcieliby przeczytać kolejny tom ze śledczym o przenikliwym umyśle, godnym samego Herkulesa Poirot. I tak przenosimy się do roku 1955 i do francuskiej posiadłości Belmar, należącej do lady Margaret Chalfont. Lektura związana ze skrzętnie ukrywanym rodzinnym sekretem wciąga Ryeland, lecz kobieta zaczyna się zastanawiać czy – podobnie jak w przypadku książek Conwaya – nie ma do czynienia z literacką maską, pełna anagramów i akrostychów (jeden z nich, będący próbą odpowiedzi na pytanie kto zabił, umieściłem w tej recenzji). Nie zdziwi jej więc zwierzenie autora, które usłyszy w pewnym momencie od Crace’a, że zawarł w książce rozwiązanie zagadki związanej także z jego rodziną: sekretem śmierci… jego babci, który może okazać się dla wielu osób niebezpieczny. Także dla Susan Ryeland.

Toksyczne relacje

Jesteśmy od tej pory świadkami rozgrywających się równolegle intryg, wzajemnie (i perfekcyjnie) się dopełniających, w których postaci z powieści o Pündzie okazują się mieć mniej lub bardziej wierne odpowiedniki w rzeczywistości, wliczając w to ich najczęściej trudne charaktery i niejednoznaczne motywacje. A jest to rzeczywistość gęsta, trująca, pełna toksycznych relacji (rodzinnych i nie tylko), w której trudno zaufać komukolwiek, bo szybko okazuje się, że niemal każdym z bohaterów kierują ukryte pobudki, szczególnie, gdy w grę wchodzą naprawdę ogromne pieniądze, pozycja społeczna, sława, lub choćby chęć zachowania korzystnego dla siebie status quo. 

Nie będzie to zatem dla bohaterki sprawa łatwa. Redagowanie powieści przerodzi się w starcie z naprawdę mrocznymi umysłami, z ludźmi zadufanymi w sobie, egocentrycznymi lub dla odmiany przekonanymi o wyrządzonej im krzywdzie. W pewnym momencie na cel wezmą oni także samą redaktorkę. Znowu okaże się, że praca przy kryminale wcale nie musi być bezpieczna. Szczególnie, gdy jest to kryminał tak bardzo oparty na faktach.

Redaktorka z kotem

I szczególnie wówczas, gdy ma się w sobie dociekliwość i nieustępliwość godną śledczego. Horowitz stworzył bowiem jedną z najbardziej niezwykłych bohaterek kryminału – osobę, która wplątuje się w intrygi przypadkiem, głównie jednak dlatego, że nie potrafi odpuścić, gdy widzi zło. Kierującą się wyłącznie poczuciem sprawiedliwości, nawet jeśli ma się to dla niej okazać niekorzystne, a może nawet niebezpieczne.   

Elementy klasycznego kryminału spod znaku Agathy Christie to jednak w „Morderstwach w Marble Hall” (i wcześniejszych książkach z cyklu) jedynie wabik, mrugnięcie okiem do miłośników konwencji – dostajemy bowiem powieść na wskroś oryginalną, w pewnym sensie kreującą własną subkonwencję, i to zarówno dzięki przeplataniu intrygi z założenia fikcyjnej z „realną”, ale też właśnie dzięki bohaterce, która nie jest w żadnym razie powtórką z Poirota czy panny Marple, lecz postacią z naszych czasów – niezależną kobietą (samotną, z kotem), która mimo otaczającej ją toksycznej atmosfery, potrafi zawalczyć nie tylko o innych, ale – w rezultacie – też o samą siebie.

Anthony Horowitz, Morderstwa w Marble Hall (Marble Hall Murders)
Dom Wydawniczy Rebis, 10 marca 2026
ISBN: 9788383384221

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej