Dlaczego hejterzy rządzą w sferze opinii? Zwłaszcza w wakacje, kiedy na przykład wybieramy hotele, apartamenty czy pensjonaty, w których się zatrzymamy. A hejterzy swoje. Z prostego powodu: zadowoleni odbiorcy zazwyczaj nie piszą recenzji, ponieważ są po prostu… zadowoleni. Ich brak reakcji jest afirmacją. To trochę jak z miłością. Gdy się kogoś kocha, nie trzeba mu tego codziennie wypisywać markerem na lustrze. Po prostu się kocha i już – pisze w lipcowym felietonie Dawid Kornaga.

Tymczasem hejterzy? Hejterzy to inna rasa emocjonalna. Oni muszą. Oni muszą pisać. Oni muszą nienawidzić. Zresztą, to właśnie z tej nienawiści są zbudowani. Niczym tekstowy Lego, składają się z frustracji, pogardy i niezrealizowanych ambicji. Przykłady z życia? Wchodzisz na stronę jakiejś książki, filmu czy audioserialu. Kilka pozytywnych opinii, raczej rzeczowych, ktoś napisał, że „dobre tempo”, „świetne dialogi”, „wciągająca historia”. A potem BANG! Lakoniczne i pełne pogardy: „Beznadzieja”, „Szkoda czasu”, „Dno dna”, „Autor chyba pisał to na kolanie”, „Wulgarne, lewackie, durne do cna”, „Litości”, „Nie da się tego słuchać”. Można by je kopiować bez końca. Kopiuj, wklej, jeszcze raz, ctrl+c, ctrl+v – i dalej, i dalej, aż cały internet zatka się tą złośliwością i żaden filozof-hydraulik tego nie przetka.
Często są to komentarze bez konkretu, bez jednego argumentu, bez próby zrozumienia kontekstu czy zamysłu twórcy. Nic. Tylko emocjonalne wymiociny. Jakby hejterów bardziej od zawartości bolało samo istnienie czegoś, co wymaga chwili skupienia. Albo – co gorsza – ktoś coś stworzył, a oni nie. Ktoś coś osiągnął, a oni wciąż siedzą na tej samej wersalce, z tą samą paczką chipsów i z tym samym przekonaniem, że wiedzą lepiej.
Recenzje to temat trudny. Z jednej strony ich nie lubimy, bo kto lubi czytać, że jego ulubiony serial to „gniot dla półinteligentów”? Ale z drugiej strony liczymy się z nimi. Gdyż w dobie cyfrowej opinia to waluta. Całe Google Maps to jedno wielkie pole minowe opinii. Hotele, restauracje, kluby, fryzjerzy, kosmetyczki, dentystki, monterzy rolet, wyprowadzacze psów, dokarmiacze kotów, mechanicy – wszystko jest ocenione, sklasyfikowane i opatrzone średnią. Cztery gwiazdki – można próbować. Trzy – ostrożnie. Dwie – to już właściwie alert, „no way!” Tyle że znów to nie jest matematyka. To emocje. Ktoś miał gorszy dzień, kelner się spóźnił z frizzante, a w pokoju był za miękki materac. I już, hejt, jedna gwiazdka. A potem druga, bo ktoś nie znalazł stacji ładowania. A potem trzecia, bo… bo czemu nie? I tak z pięciu robi się 2,8 i nikt już nie przyjedzie. „Oni mają rację” – myśli się w panice. Demokracja à la Konfederacja, bezrozumna większość dopieka rozumnej mniejszości. Nikt z nas nie chce być naiwniakiem, który zlekceważył opinię internetu.
Problem w tym, że większość ludzi nie zostawia recenzji, kiedy jest OK. Gdy wszystko się zgadza, jedzenie smaczne, obsługa miła, a hotel spełnia deklarowane standardy, to nie piszesz pełnego pretensji elaboratu. Po prostu odjeżdżasz zadowolony. A ci, którym nie smakowało, niestety, piszą. I to właśnie oni, w tej cyfrowej sferze, rządzą. Mniejszość hejterska decyduje o postrzeganiu całości. I tak jest wszędzie. Nie tylko w gastronomii.
Z kulturą, literaturą, sztuką jest podobnie. Hejterzy nie chcą zrozumieć ani wiedzieć więcej. Ich opinia jest ostateczna. Nie zadają pytań; ferują wyroki. Nie interpretują, oni oceniają. Oglądają przez 5 minut, słuchają przez 3, czytają pół strony i już wiedzą swoje: „wulgarne, nudne”. Czasem mam wrażenie, że ich komentarze są już napisane zanim w ogóle zaczną klepać w klawiaturę.
Czy to znaczy, że każda negatywna opinia jest niesprawiedliwa? Absolutnie nie. Bo zdarzają się miejsca złe, książki złe, usługi złe, dania złe. I dobrze, że ludzie o nich piszą. To również funkcja internetu. Nie chodzi o to, by wszystko głaskać i pieścić samymi piątkami. Ale warto pamiętać, że nie każda jedynka to werdykt sprawiedliwego Salomona. Czasem to tylko wyraz czyjejś małej zemsty. Albo znudzenia. Albo ego.
Wbrew pozorom, mimo tej hejterskiej nawalanki, cyberżółci, tysięcy pełnych pogardy minirecenzji, ludzie nadal mają swój rozum. Nadal potrafią czytać między wierszami. Nadal rozumieją, że „beznadzieja” bez uzasadnienia to nie recenzja, lecz odruch. Nadal wchodzą do miejsc, które mają 3,4, i wychodzą z nich zachwyceni. Nadal słuchają audioseriali, których „nie da się słuchać”, i piszą potem w wiadomości prywatnej do znajomych: „dzięki, to było naprawdę coś”.
Chociaż hejterzy rządzą w sferze opinii, to nie przesądza, że ustalają nam świat. Wbrew pozorom większość z nas umie oddzielić emocjonalny bełkot od krytyki. Rozumie, że pięć gwiazdek to nie wszystko, a jedna gwiazdka to jeszcze nie koniec świata. Wciąż widzimy, że świat nie jest czarno-biały, ale częściej szary; opinie w sieci, choć istotne, to tylko fragment większej całości. Warto czasem zignorować ten „hałas” komentarzy. I po prostu pójść, przeczytać, posłuchać, sprawdzić. Samemu. Na własne ryzyko i własną odpowiedzialność. Taka opinia ma sens i jest wiarygodna. A hejterzy niech się kiszą w sosie własnym.

