Proza

Anna Ciarkowska, „Sploty” | FRAGMENT POWIEŚCI

Nominowana do Literackiej Nagrody Nike Anna Ciarkowska wraca po czterech latach z powieścią „Sploty”. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B. mamy dla Was przedpremierowy fragment powieści. Premiera książki 26 marca.

Dziewięćdziesięcioośmioletnia Anna przed śmiercią chciałaby zdążyć zrobić jedną rzecz – opisać historię całego swojego życia.

Ale co w tym życiu jest nasze? Która opowieść jest naprawdę o nas? Która do nas należy, skoro koniec każdego wątku trzyma zawsze ktoś inny? Która jest prawdziwa, skoro tkamy ją wszyscy, każdy ze swojej strony? A teraz, kiedy minęło prawie sto lat, zostało najważniejsze pytanie: do kogo należy ostatnie słowo?

Autorka książek „Dewocje”, „Pestki” oraz „Chłopcy, których kocham” przedstawia niezwykle wzruszającą opowieść o życiu i pamięci po nim. Proza Ciarkowskiej, napisana subtelnym poetyckim językiem, porusza do głębi, dotyka emocji związanych z odchodzeniem nas samych i naszych najbliższych. Jednak „Sploty” to nie opowieść o przemijaniu, ale o tym, co po nas pozostaje.

FRAGMENT POWIEŚCI

***

– Czy ktoś stąd w ogóle wychodzi? – pytam, a opiekunka marszczy brwi, aż gęste czarne włoski jeżą się u nasady jej nosa.

– Jak wychodzi? Po co wychodzi?

– No nie wiem, czy ktoś wraca?

– Ale w sensie, że gdzie wraca?

– Do domu?

– Ale tu jest dom. Tu jest teraz, pani Aniu, dom. – Uśmiecha się i pyta, czy dać mi coś na uspokojenie. Patrzy na zegarek. – O, już południe. Zapraszam.

– A komputer?

– Córka przyniesie. To nie ma co sobie głowy zawracać. No, idziemy, zapraszam ze mną.

Drzwi do mojego mieszkania – pryzmat, w wypukłej tęczówce judasza załamuje się światło. Zamykać drzwi do swojego mieszkania po raz ostatni. Głos córki w studni, pospieszmy się, uderzenia kółek walizki o stopnie, uderzenia stóp, lastryko. Zapamiętać kąt padania promieni słonecznych. Nie pamiętam nic po drodze. Tak jakby córka porwała mnie z mojego starego życia, założyła worek na głowę i zabrała tutaj, do, cytując, najlepszego Ośrodka Troski w promieniu dwustu kilometrów. Nie pamiętam nic, bo byłam zbyt skupiona na tym, żeby trzymać wszystkie ważne informacje w zasięgu pamięci tak, by uznano mnie za rzeczową, logiczną i przytomną kobietę, a nie za zdezorientowaną starszą panią, posiwiała wariatkę, odpychającą staruszkę, która w skali od jednego do dziesięciu jest w kontakcie z rzeczywistością co najwyżej na poziomie dwa. Trzymałam kurczowo rączkę walizki, aż na paznokciach zrobiły mi się sine pręgi, a w mojej głowie szamotały się słowa kluczowe: Anna Ciarkowska, lat dziewięćdziesiąt osiem, dziś mamy piętnasty czerwca.

Idziemy przez korytarz pomalowany na żółto, z lamperią i mnóstwem zdjęć uśmiechniętych staruszków. Czuję się jak na planie filmu, jakbym szła przez modelowy korytarz domku kolonialnego, przez wyobrażenie o wnętrzach starych ludzi. Tak, to właśnie mam w środku: sztuczne hortensje w kryształowych wazonach, kojące pejzaże i świeczki o zapachu lawendowego mydła.

***

Pościel rodziców zawsze pachniała lawendą, a potem, z nocy na noc, coraz mniej było lawendy, coraz więcej nagietkowej maści na haluksy, mokrych włosów i trudnego do zidentyfikowania zapachu przypominającego mi zapach tłustego rosołu gotowanego na kaczce. Biel żółkła, chłód przejmował temperaturę ciała, kwiaty na poduszkach łamały

się pod głowami.

– Nie może tak być. Taka duża dziewczyna – szeptali rodzice w ciemnościach, bo myśleli, że śpię.

Albo mieli nadzieję, że nie śpię i wezmę sobie ich szepty do serca, zdołam przenieść je do rana. Noce były oderwane od dni, nie rozmawialiśmy w dzień o nocy i w nocy o dniu, żadne z nas nie przekraczało tej linii, więc zostawało tylko szeptanie, które mogło się przyśnić. Ta jej bezsenność wieku dziecięcego, to jej przychodzenie po nocach, nie może tak być. Mama rano wygładzała ślad po dziecku, które ścieliło sobie szparę między materacami, podnosiła wysoko koc i powietrze wymiatało dziecięce gniazdo.

Ostatni raz przyszłam w dniu moich trzynastych urodzin.

Nie wiedzieli, że nie przychodziłam spać, ale monitorować ich oddechy. Wsłuchiwałam się w miarowe chrapnięcia i pomruki, w senne zadyszki i w ciszę. Wpatrywałam się w ledwie widoczne ruchy kołdry. Przysuwałam dłoń do ich śpiących ciał, sprawdzając, czy są ciepłe, miękkie i żywe. Nie wiedzieli, że ktoś czuwa nad ich małą śmiercią.

Nie pomyślałam nigdy w czasie tych nocy, kiedy

byłam czujnym zwierzęciem, co bym zrobiła, gdyby powietrze uszło, a kołdra przestała się unosić i opadać. Bo taki był zakład z losem – póki pilnuję, póki nie spuszczam z nich oka i ucha, świat trwa.

Nie wiem, czy ich śmierć była straszniejsza wtedy, kiedy nastąpiła, czy kiedy jeszcze jej nie było. Przeżyłam ją tyle razy, że kiedy już się stała, trudno było cokolwiek o niej powiedzieć.

Jak się dowiaduję o ich śmierci: jadąc pociągiem, z którego nie mogę wyskoczyć; jadąc samochodem, który zatrzymuje się niemal w miejscu, pośrodku autostrady; zbudzona telefonem w nocy, nad ranem, w jakiś piękny letni dzień, w zimowy wieczór. Obcy głos, który informuje, znajomy głos, który mówi, który płacze między słowami, głos, którego nie poznaję, ale zapominam zapytać, kto mówi. Pierwsza łza, druga, przedostatnia, ten płacz, który miał się nigdy nie skończyć. Ja, która nie mogę wybrać garnituru do trumny, buty, nie wiem, jakie buty, rajstopy, czy nadal trzyma rajstopy w dolnej szufladzie? Ja, która zamawiam kwiaty i rozsypuję się przy pytaniu, czy lilie, czy róże, ja wieszająca nekrolog, na lekach, na telefonie, proszę, by mnie nie pocieszać, ja, setny raz opowiadam, jak to się stało, ja pytająca, dlaczego się stało, kiwająca głową, tak, tak musiało się stać. Ja odpowiadająca sama sobie na pytanie, co mogłam zrobić. Wystarczyło nie spać w nocy, patrzeć, jak kołdra podnosi się pod oddechem.

W ich śmierci jestem ja. Co ja robię, co mówię, jak się kładę i zasypiam bez nich, jak jem bez nich, jak do nich nie dzwonię, jak żyję bez nich, jak jestem bez nich bardziej niż to, że ich nie ma. A potem, kiedy naprawdę ich nie było, było strasznie, ale zupełnie

inaczej.

Za każdym razem zupełnie inaczej: ostry, punktowy ból przebił mi serce i wylał się z niego smutek tak wielki, że dopiero po kilku dniach fala zwrotna wypluła moje ciało, które jeszcze miesiącami unosiło się w mętnych przybrzeżnych wodach. Kanciaste kryształki wyczuwalne pod skórą, miejsca zgrubiałe, twarde, wspomnienia, przy których trzeba płakać długo i mocno, by rozpuścić złogi bólu. Płakać, żeby wszystko popłynęło dalej, przez mózg i serce. A to ciągle wraca, mrowi, szczypie i boli, w ranie, która co chwila się otwiera. Którą co chwila otwieram. Nie mogę przestać dotykać tego miejsca, sprawdzać, czy nadal boli, czy nadal tak samo.

Wyobrażałam sobie ten ból tyle razy, ale żadne wyobrażenie nie było tym bólem, bo w żadnym z wyobrażeń nie umiałam go przeżyć, a przeżyłam. W moim wyobrażaniu nie było nic dalej, a było. Myślałam, że jeśli szybciej zacznę opłakiwać tę śmierć, jeśli zacznę jeszcze za życia, to nie będzie bolało aż tak. Ciągle na nich patrzeć, ciągle ich pilnować, ciągle płakać. Ćwiczyłam długo i wytrwale, ale i tak wszystko się wydarzyło.

Uczucie po wszystkim: przegrana.

Anna Ciarkowska, Sploty (fragment)
Wydawnictwo W.A.B., 26 marca 2025
ISBN: 9788383875897

Kup w przedsprzedaży na empik.com


Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej