Siedzę przy stoliku z widokiem na palmy i morze. Jest niesamowicie słonecznie. Ale to nie Dominikana, coś bardziej budżetowego. Tunezyjska wyspa Dżerba. Idealna dla tych, którzy o tej porze roku nie szukają upałów, za to chcą cieszyć się w mocnych kilkunastu stopniach niecodziennym kulturowo klimatem – pisze w grudniowym felietonie Dawid Kornaga.
To również idealne miejsce, by dokonać dosłownie z dystansu podsumowania roku. Wiadomo, te wszystkie nieuchronne rankingi, najlepsze książki, najlepsze filmy, najlepsze seriale, piosenki i ścieżki dźwiękowe. Idąc dalej, najgorsze książki, najgorsze filmy, najgorsze seriale. I tak dalej. Najgorsze sieci handlowe, najlepsze salony urody, najlepsze aplikacje, najgorsze kebab bary.
Media muszą robić powyższe zestawienia, żeby w naturalny sposób zwiększać o tej porze roku swoją clickbaitowość. Ale nie wszystkie, bo to nie jakiś algorytmowy obowiązek. Raczej marketingowy chwyt, który często prowadzi na mentalne manowce, ponieważ polega na cyfrach. Na przykład: 10 najlepszych powieści obyczajowych 2024. Albo: 10 najlepszych kryminałów filmowych.
I ja się wtedy pytam, znużony dyktatem „paradygmatu dziesięciu przykazań”, dlaczego nie 13 najlepszych powieści obyczajowych i czemu nie, załóżmy, 16 najlepszych kryminałów filmowych? Bo wcale nie musi być tych dziesięć murowanych, skoro sześć kolejnych jest równie dobrych, lecz przez „paradygmat dziesięciu przykazań” wypada brutalnie z rankingu. Jakby były gorsze, a wcale takie nie są.
Od prawdopodobnie kilkunastu lat, z coraz bardziej zaawansowaną digitalizacją prawie wszystkiego, znaleźliśmy się w sytuacji nadprodukcji dóbr kultury. Chodzi szczególnie, co łatwo przewidzieć, o książki, filmy i muzykę. Pradawne listy notowań z epoki Marków Niedźwieckich wydają się starsze niż antyki w niejednym muzeum starożytności.
Ta nadprodukcja ma swoje dobre i złe strony. Dobre są takie, że jest z czego wybierać. Złe, że większość jest właśnie zła. Nie ma jednak co rozdzierać szat jak Rejtan podczas Sejmu Rozbiorowego w 1773. Kiedyś też produkowano „shit”, tylko nie był tak widoczny. Współczesne guano, które nawet by się nie załapało do żadnego rankingu, rozlewa się bez wstydu i autokrytyki na reelsach i tik-tokach jak świat długi i szeroki. Podtapia youtubowe plaże, zalewa wszelkie inne socialowe osady.
Wiem, że nie ma szans, aby mainstreamowe media oraz wpływowi subskrypcyjnie opiniodawcy zrezygnowali z „paradygmatu dziesięciu przykazań”. Ci bardziej wysublimowani potrafią, w geście złudnej pokory, zrobić z nich czasem piątkę. Nadal zależni od twardego przelicznika, od którego nie ma ucieczki. Możemy to krytykować, marne nadzieje, że coś się zmieni. Już prędzej czas letni wyprze raz na zawsze czas zimowy, niż decydenci zrezygnują z corocznych zestawień swoich hitów czy kitów. Walka, bitwy, przeciwnicy – to zawsze dobrze się prezentuje i zachęca do zapoznania się z kontentem.
Być może od czasu do czasu warto wybrać chillout na takiej Dżerbie, by się zdystansować do tego zapieklenia w sądach ostatecznych, co dobre, ale tylko w dziesięciu sztukach. A z drugiej strony nawet tutaj też jest jakichś top 10 do zwiedzania…
Przez ostatni rok poznałem tyle niesamowitych powieści, pełnometrażowych filmów, seriali, niezmierzoną ilość muzycznych tracków, że nie śmiałbym robić z tego żadnego rankingu. I tutaj paradoksalnie Spotify Wrapped być może antycypuje przyszłość: żadnych „dziesięciu przykazań”, tylko spersonalizowany raport naszych debeściaków. Uwzględniający ogrom wszechstronności i różnorodności. Czego wypada sobie życzyć w 2025 roku.
Przeczytaj także:

