felieton

Niedoczytanie. O podsumowaniu roku Lema | Felieton Wojciech Guni

Dobiega końca Rok Lema. Ustawowa nobilitacja pisarza w setną rocznicę jego urodzin zaowocowała pewnym wzmożeniem dyskursu Lemowskiego, co – oprócz okazji do przypomnienia jego postaci młodszym czytelnikom – pozwoliło też przyjrzeć się, jakie jest obecne miejsce krakowskiego pisarza w polskiej kulturze. Jak mówiło się zatem o Lemie w roku Lemowskim? Otóż, chyba nie do końca tak, jak się mówić powinno – pisze Wojciech Gunia.


Wojciech Gunia, fot. zupelnieinnaopowiesc.com

Ciężar tego dyskursu spadł bowiem głównie na wynajdywanie w pisarstwie Lema urzeczywistnionych proroctw, głównie technologicznych. Internet, rzeczywistość wirtualna, elektronizacja książki, smartfony – to tylko część wynalazków, jakie rzekomo Lem przewidział.

Tymczasem z tymi proroctwami technologicznymi bywało różnie. Lem bowiem często mylił się w kwestiach fundamentalnych, przewidując pewien w istocie drugorzędny aspekt technologiczny, ale zupełnie nie trafiając w meritum. Najlepszymi przykładami są kamery wysokich prędkości, opisane w opowiadaniu Prawda oraz już słynne czytniki ebooków z Powrotu z gwiazd.

Istotnie, na pierwszy rzut oka pomysł Lema na kamerę wykonującą miliony klatek na sekundę, umożliwiającą rejestrację procesów plazmowych, wydaje się uderzająco spełniony. Obecnie najszybsza technika rejestracji obrazu, CUSP (Compressed Ultrafast Spectral Photography) opracowana przez Caltech, umożliwia rejestrację ruchu pojedynczej wiązki światła z prędkością 70 bilionów klatek na sekundę, zaś kamery wykorzystujące standardowe matryce światłoczułe dobijają do 1 750 tys. klatek na sekundę, z czasem naświetlania 95 nanosekund. Zdawałoby się – spełnione proroctwo technologiczne. Problem w tym, że superszybkie kamery Lema rejestrowały obraz… na standardowej taśmie filmowej. Ile zajmowałaby sekunda filmu takiego nagranego na standardowej taśmie? Bagatela, w zależności od przyjętego klatkażu od kilkunastu do kilkudziesięciu kilometrów. Z funkcjonalnego punktu widzenia rozwiązanie z genialnego staje się absurdalne.

Podobnie jest ze słynnymi czytnikami ebooków: sednem idei ebooka nie jest przecież książka wyświetlana na ekranie, ale zastosowanie pamięci masowej, dzięki której w niewielkiej objętości miejsca można przechowywać ogromne ilości informacji. Jak to wygląda u Lema? Otóż, „elektroniczne książki” mają formę kryształków – każdy tytuł to osobny kryształ. Z dzisiejszego punktu widzenia jest to rozwiązanie koszmarnie niepraktyczne.

Myślenie sprowadzające pisarstwo Lema do roli repozytorium spełnionych wynalazków zupełnie pomija fakt, że te proroctwa były – jak widać na podanych przykładach – umiarkowanie trafne: albo bazowały na dużym stopniu ogólności albo uderzają dziś swoją punktową anachronicznością (taśmy magnetyczne na Niezwyciężonym). Lem nie był pisarzem technologicznym, mimo bez wątpienia gigantycznej wiedzy w tej dziedzinie.

Autor pisze tekst, ale to, co pisze autor ma się nijak do tego, co czyta czytelnik, a zatem sposób, w jaki czytamy w roku Lemowskim Lema – jako proroka technologii – mówi więcej o nas samych, o naszych oczekiwaniach i ambicjach niż o Lemie i jego filozofii. A w zasadzie jest z tą filozofią nieco sprzeczny. Czy bowiem Lem, pisząc o przyszłości, pisał o niej entuzjastycznie, w duchu optymistycznego założenia, że w miarę postępu technologicznego zmniejsza się liczba problemów, że dzięki technologii zmierzamy do stanu optymalnego? Bynajmniej.

Dyskurs, wedle którego żyjemy w świecie przewidzianym przez Lema, oparty w głównej mierze na bezrefleksyjnym zachwycie nad realizacją pewnych prognoz technologicznych, oznacza pauperyzację pisarstwa Lema i jej wymiaru intelektualnego.

Myślenie sprowadzające pisarstwo Lema do roli repozytorium spełnionych wynalazków zupełnie pomija fakt, że te proroctwa były umiarkowanie trafne. Lem nie był pisarzem technologicznym, mimo bez wątpienia gigantycznej wiedzy w tej dziedzinie.

O czym tak naprawdę mówił nam Lem? Gdyby spróbować ująć sedno pisarstwa Lema w jednym haśle, o ile to jest w ogóle możliwe, byłoby nim „poszukiwanie porządku w chaosie świata”. A w zasadzie nie „poszukiwanie porządku”, co „obrona antropocentrycznej potrzeby ładu”. Impuls, który stoi za intelektualną pracą Lema nie odnosi się do przyszłości jako takiej, jako pola urzeczywistnienia potencjału ludzkiego ducha i intelektu, ale jako stałego procesu wykuwania cegiełek znaczenia z chaosu rzeczywistości – procesu, który trwa, i który będzie trwał tym intensywniej, im bardziej nasze przyszłe narzędzia pozwolą nam wejrzeć głębiej zarówno w ten przyrodzony chaos świata, jak i we własne uwikłanie w niego.

Lem bowiem – jako pisarz – jednocześnie bezlitośnie kpi z ludzkiej niemożności wyjrzenia poza własną perspektywę w próbie zrozumienia świata, która to niemożność prowadzi w jego powieściach do różnych katastrofalnych zdarzeń, gdy świat okazuje się nie taki, jaki sobie założyliśmy, jak i w tej perspektywie doszukuje się szansy na intelektualną uczciwość, a także na zachowanie moralności.

Największy jest bowiem Lem jako pisarz i myśliciel nie wtedy, kiedy pisze o przyszłych technologiach, ale wtedy, gdy pisze o tym, jak technologia wiedzie zachłyśniętego nią człowieka na manowce, i dopiero odebranie mu jej – zostawienie go niemal nagiego, pierwotnie bezradnego wobec wielkiego labiryntu świata – pozwala odzyskać człowiekowi prawidłową perspektywę, pokorę i – mimo wszystko – zachwyt nad światem, którego nigdy nie obejmiemy we władanie.

Nie sposób uciec wrażeniu, że z im większą technologią w utworach Lema mamy do czynienia, tym większy upadek spotyka człowieka, czego ukoronowaniem jest jego ostatnia powieść, Fiasko, w której ludzkość dokonuje planetarnego holokaustu na Kwintanach. Technologia – upadek. Wywiedzione wprost z doświadczenia XX-wiecznego przekonanie, zakorzenione zresztą w życiowym doświadczeniu Lema, że dążenie technologiczne, racjonalizatorskie, oświeceniowe, zestawione z immanetnym mrokiem ludzkiej natury, ma w sobie potencjał nieopisywalnej tragedii.

Autor pisze tekst, ale to, co pisze autor ma się nijak do tego, co czyta czytelnik, a zatem sposób, w jaki czytamy w roku Lemowskim Lema – jako proroka technologii – mówi więcej o nas samych, o naszych oczekiwaniach i ambicjach niż o Lemie i jego filozofii.

Te tragedie mogą mieć wymiar planetarny, jak we Fiasku, mogą mieć też wymiar małej, cichej apokalipsy, jak w Powrocie z gwiazd, w którym utopijna aura doskonałego świata, pozbawionego agresji, konfliktów o zasoby podszyta jest zgrozą najgłębszego możliwego ubezwłasnowolnienia. Ubezwłasnowolnienia równoznacznego z odpodmiotowieniem mającym miejsce wtedy, gdy człowiek nie może sam decydować o obecności dobra i zła w swoim życiu.

Lem bowiem, pisząc o przyszłych wynalazkach, nigdy nie zarzuca ich jako efektownego konceptu, ale rozwija ich konsekwencje; pokazując drzwi prowadzące do nowego zawsze zadaje pytanie o pułapki, które za tymi drzwiami się kryją. Jego pisarstwo jest zatem nie futurologicznego entuzjazmu, ale pisarstwem egzystencjalnego wątpienia: w możliwość przełamania fatum, które ciąży nad nami jako gatunkiem, nad istotami na tyle rozumnymi, by się rozwijać, ale nie na tyle rozumnymi, by uciec od własnych, zapisanych w gatunkowym DNA demonów. Gatunkiem, który pragnąc poznawać i rozumieć kosmos i jego chaotyczną mnogość form, jedynie „roszerza Ziemię” do jego granic, próbując na różne – raz zabawne, a raz tragiczne – sposoby poradzić sobie z niedającą się przeniknąć i okiełznać obcością.

Istvan Csisery Ronay w swoim eseju nazwał tę praktykę Lemowskich światów „modelowaniem chaosfery”. Ale – jako się rzekło – autor mówi jedno, czytelnik czyta drugie. Nie rozumiemy tego, co mówi do nas świat, i to, co mówimy na temat tego, co rozumiemy, więcej zdradza prawdy o nas niż o świecie, o którym chcielibyśmy powiedzieć. Tak, jak w Głosie Pana, gdy praktycznym urzeczywistnieniem badań nad tajemniczym sygnałem z kosmosu, nad tym „listem od wszechświata” okazuje się być broń. Tym właśnie jest według Lema świat, jego przyrodzona obcość – lustrem, które mówi bardzo niewygodną prawdę o człowieku. Czy to w obrazie hitlerowców eksterminujących odmienność ucieleśnioną w szpitalu psychiatrycznym w Szpitalu przemienienia, czy w obrazie Ziemian masakrujących Kwintan, którzy w swojej obcości zaprzeczyli aksjomatowi pragnienia porozumienia z braćmi w rozumie. Czyli – okazali się inni niż my, i na swoje nieszczęście słabsi.

Kosmiczne podróże Lemowskiego człowieka to w istocie podróże w głąb własnej poznawczej bezradności, wyprawy, w które zabiera się pytania o naturę świata, a wraca z jeszcze większą liczbą pytań. Wynalazki, przy pomocy których się to odbywa, te gadżety, nic nie zmieniają w istocie problemu.

Co więcej, nie zawsze udaje im się zachować etyczną neutralność. Jak w Powrocie z gwiazd, w jakby odwróconym mefistofelicznym paradygmacie czynienia dobra wskutek woli czynienia zła, gdy czyni się zło, pragnąc usunąć zło ze świata. Jak w demokratyzacji dostępu do informacji, która połączona z demokratyzacją dostępu do wytwarzania, czy też swobodnego przetwarzania informacji, prowadzi do chaosu postprawdy, do załamania się idei prawdy nawet w naszej wąskiej, ludzkiej perspektywie.

Lem był tych paradoksów postępu nader świadom, i szkoda by było, gdyby w roku, w którym odmieniano przez wszystkie przypadki jego nazwisko, to sedno jego myśli – o epistemologicznej tragedii rozgrywającej się na aksjologicznym trzęsawisku – zostało przytłoczone przez jej efektowną scenografię.

Sednem myśli Lema były bowiem nie abstrakcyjne, intelektualne gry, ale właśnie człowieczeństwo, badane przy pomocy abstrakcyjnych narzędzi.

Jednocześnie, Lem – co ważne – mimo tego gryzącego pesymizmu – nie był nihilistą. Bowiem tym, co ratuje człowieka w jego oczach, a tym samym w oczach jego czytelników, jest głód wiedzy, ciekawość. Ale nie jest to wyłącznie ciekawość świata, bo ta nie różni się niczym od ciekawości dziecka, przypalającego pod lupą insekty albo wyrywającego muchom nóżki i skrzydełka. Głód wiedzy u Lema ma wymiar nostalgicznej tęsknoty za światem poukładanym pomieszanej z ogromnym zdumieniem – i zachwytem – nad ogromem tego świata. I być może ta tęsknota przemawia do nas najgłębiej, gdy czytamy o kosmicznych perypetiach Pirxa, Rohana, Kelvina, Bregga i spółki. To wszakże także nasza tęsknota i nasz zachwyt. Lem pozostawił nam ogromną spuściznę w postaci wiwisekcji tych paradoksalnych splątań, a jednocześnie pisząc tak o naszej tęsknocie, pozwolił się nam jej przyjrzeć, odczuć, a tym samym – stać się jej dla nas impulsem do działania.

Spotkałem się niedawno z opinią, że Lem nie został prawdziwie wielkim pisarzem, ponieważ w jego utworach zabrakło człowieka, były tylko wybitne warsztatowo abstrakcyjne, intelektualne igraszki uciekające przed człowieczeństwem i jego ciężarem. Sądzę, że to krzywdząca opinia – sednem myśli Lema były bowiem nie abstrakcyjne, intelektualne gry, ale właśnie człowieczeństwo, badane przy pomocy abstrakcyjnych narzędzi. Tym niemniej, konkluzja tego badania odsłania sam rdzeń ludzkiej natury, drążącej nią tęsknoty, i robi to w sposób, który nie znalazł i nieprędko znajdzie odpowiednik – w skali głębi i rozmachu – w światowej literaturze. Tym niemniej, jesteśmy Lemowi – wszyscy, których kiedykolwiek do czegokolwiek zainspirował – winni spróbować wejść na tę ścieżkę krytycznego myślenia o nas w świecie, które nie unieważni pragnienia, by ten świat spróbować choć trochę zrozumieć.

Przeczytaj także:

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: