Reklamy
artykuł

Fragment powieści Grażyny Jeromin-Gałuszki „Niebieska sukienka” | Książka pod naszym patronatem

„Kto by się spodziewał, że w tym wieku jeszcze tak łatwo będzie wstać z łóżka, jednym ruchem odsunąć kotarę w oknie i ucieszyć się z widoku za szybą. Widok, jak widok; początek kwietnia, więc za bardzo nie ma się czym zachwycać, ale wystarczy trochę słońca i świadomość, że każdego dnia pojawi się go coraz więcej”. Przeczytajcie fragment powieści Grażyny Jeromin-Gałuszki „Niebieska sukienka”, ktora ukaże się 4 czerwca nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, pod naszym patronatem.

– A więc dożyłam kolejnej wiosny… Osiemdziesiątej, o ile mnie pamięć nie myli, to może jeszcze osiemdziesiątej pierwszej jakoś doczekam – mamrocze pod nosem Florentyna Janczarowa i, zerkając w górę, dodaje przymilnie: – Bo chyba teraz już mi takiego psikusa nie zrobisz i nie każesz się ni z tego, ni z owego zabierać… Gadam całkiem jak ciotka Konstancja – upomina się nagle. – Zupełnie. Tylko co złego w takim gadaniu… Myślałam, że to taka osobliwość ciotki, a wychodzi na to, że wiek – na starość chyba wszyscy gadają jednakowo…

– Mówiła coś mama o starości? – Staruszka słyszy głos swojej córki Klary, która zagląda do sypialni. – I widzę, że już na nogach, moje gratulacje.

– A czego tu gratulować, moje dziecko…

– Zdrowia. Chciałabym mieć w mamy wieku tyle zdrowia, żeby do trzeciej rano grać w karty, popijać dereniówkę, bo widzę, że od wczoraj znacznie jej ubyło, a o dziewiątej wstać jak skowronek…

– No, już z tym skowronkiem to tak nie przesadzaj. – Florentyna wchodzi córce w słowo. – Cóż zrobię, że brydż tak zajmuje. Nic nie poradzę.

– Co za głupia moda z tym brydżem nastała – dalej złości się Klara. – I żeby jeszcze Maksymiliana w to wciągać! Ani go dobudzić teraz.

– We trójkę się nie da! – burczy Florentyna. – Cóż cię znowu z samego rana w Wielką Niedzielę ugryzło?

Otwiera szafę i zaczyna przeglądać garderobę – w święta wypadałoby jakoś stosownie się ubrać, zwłaszcza że trzeba jechać do kościoła, a potem na cmentarz. Bardzo ją ciekawi, czy Olimpia z Kazimierą też już wstały, boi się jednak zapytać, bo już wie, co usłyszy: że tamte takie same, wstydu trzeba nie mieć, żeby w Wielką Sobotę do trzeciej rano grać w karty i pić dereniówkę. A ileż one tej dereniówki wypiły? Po dwa kieliszeczki?

– Co mnie ugryzło? – odpowiada na pytanie matki Klara. – A właśnie to, że dziś Wielka Niedziela i wszystko na mojej głowie.

– W końcu ty tu jesteś gospodynią – zauważa staruszka.

– Ale nad niczym nie panuję. A najmniej nad córkami.

– Tak je sobie wychowałaś.

– Mama wie, że to nieprawda – odpowiada tamta płaczliwym głosem.

– Wiem, wiem… – Florentyna wreszcie wybrała granatową suknię z aksamitu, cieszy się, że nie dalej jak tydzień temu kazała Karolce całą garderobę odświeżyć, równie dobrze mogłaby teraz wybrać którąkolwiek inną. – W tej rodzinie kobiety wradzają się w swoje babki, nie matki, więc w niczym nie zawiniłaś.

– Bardzo mamie dziękuję, że taka dla mnie łaskawa – rzuca z sarkazmem Klara. – Może więc w tej łaskawości posunie się mama dalej i pomoże mi opanować całe towarzystwo… Byłabym wdzięczna za przemówienie do rozumu Klementynie w kwestii Bogdana… Ja tymczasem spróbuję Maksymiliana dobudzić i przypomnieć mu, że jest mężem i ojcem, bo dziadkiem już chyba nie zostanie…

– Co ty pleciesz, moja droga? Dlaczegóż by miał nie zostać dziadkiem?

– Bo ma trzy takie córki! Starą pannę, sufrażystkę…

– Już tak z tą sufrażystką nie przesadzaj. Wysłałaś córkę do Warszawy, czego więc się spodziewasz!

– Mama chyba nie słyszała, co ona wygaduje. I żeby tylko w domu, to by jeszcze uszło, ale nie! Ledwie przyjechała na święta, zakręciła się, poleciała na wieś tłumaczyć biednym kobiecinom, że nie muszą mieć dziesięciorga dzieci, bo są sposoby, żeby rodzić mniej… Jak ona to mówi?

– Świadome macierzyństwo – podpowiada Florentyna.

– A więc słyszała mama! – Klara chwyta się za głowę i zawodzi: – Nie, ja dziś nie pójdę do kościoła, nie pokażę się ludziom na oczy, co za wstyd!

– Żeby tylko takie powody mieli ludzie do wstydu – bagatelizuje ową rozpacz Florentyna, po czym, zaglądając Klarze w oczy, pyta: – A cóż chcesz od Klementyny? Jeszcze nie stara panna, na pewno nie sufrażystka, ciesz się, że masz choć jedną normalną córkę.

– Normalną?! Może i była normalna, póki nagle jej się nie odechciało wychodzić za Bogdana. A Bogdan będzie z rodzicami na obiedzie za parę godzin… Mogę sobie pogratulować położenia!

Florentyna przygląda się Klarze spod zmrużonych powiek – jakże ona w mowie, gestach, emocjach przypomina jej własną matkę.

– Wszystko się ułoży – ciepło uspokaja córkę. – Idź, budź męża i nie złość się tak przy Wielkiej Niedzieli, bo nie uchodzi. Wszystko zawsze jakoś się układa…

Chciałoby się jeszcze dodać, że wszystko się powtarza: zdarzenia, emocje, zachowania, jakby świat toczył się po kole, więc tak naprawdę nigdy nie wiadomo, kiedy coś się kończy, a kiedy dopiero zaczyna. Jedno jest pewne: człowiek rodzi się i umiera; a w głównej mierze od niego zależy, jak żyje między tymi dwoma wydarzeniami i czy w ogóle żyje.

Grażyna Jeromin-Gałuszka, „Niebieska sukienka”, Prószyński i S-ka

Reklamy

jeden komentarz

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: