Wszystkie moje powieści zaliczam do nurtu herstorii. Opowiadam o kobietach, które zawsze więcej płacą za przekraczanie granic – mówi Zofia Mąkosa, autorka powieści „Bez miłości”, drugiego tomu cyklu „Pomiędzy”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Przemysław Poznański: Międzywojenny Trzciel, miasto podzielone polsko-niemiecką granicą i dwie kobiety: Weronika i Joanna, które poznajemy w pierwszym tomie cyklu „Pomiędzy”, czyli w powieści „W świetle latarni”, a których losy kontynuuje pani w „Bez miłości”. Skąd pomysł, by prowadzić tę opowieść dwutorowo, z punktu widzenia dwóch bohaterek pierwszoplanowych?
Zofia Mąkosa: Piszę o mieście położonym po obu stronach granicy, dlatego zależało mi na pokazaniu historii obu sąsiadujących ze sobą krajów. Weronika jest Polką pochodzącą z rodziny żyjącej w Trzcielu od pokoleń. Mimo odzyskania niepodległości przez Polskę, większa część miasta została po stronie niemieckiej. Mieszkający tu Polacy, w tym rodzina Weroniki, to tania siła robocza bez perspektyw na awans społeczny. Wskutek wydarzeń opowiedzianych w pierwszym tomie uboga Polka dostaje szansę na wejście do zamożnej niemieckiej rodziny i z tego korzysta, ukrywając przy tym ciążę. Joanna mieszka z kolei w Poznaniu. Dzięki zestawieniu dwóch bohaterek będących obywatelkami dwóch państw pokazuję różnice, ale i podobieństwa w międzywojennych dziejach Polski i Niemiec. Owe podobieństwa biorą się stąd, że wiele ówczesnych wydarzeń wykracza poza doświadczenia narodowe, jak choćby powojenny kryzys gospodarczy i jego apogeum – hiperinflacja. Są też po obu stronach napięcia na tle narodowościowym. Weronika nie angażuje się jednak w politykę, w niewielkim stopniu interesują ją sprawy gospodarcze, skupiona jest głównie na tym, żeby przetrwać w niemieckim domu, choć już jej ojciec i brat doświadczają kryzysu osobiście i tracą na jakiś czas pracę.
Dom, do którego trafia Weronika, nie jest dla niej miejscem przyjaznym.
– Tyle że ona nie ma wyboru. W pierwszym tomie zachodzi w ciążę z Żydem Natanem, który, o niczym nie wiedząc, postanawia szukać dla siebie szansy w Ameryce. Oczywiście Weronika mogłaby próbować żyć samotnie z panieńskim dzieckiem, ale w tamtych czasach zostałaby napiętnowana. Co prawda w czasie I wojny światowej było sporo pozamałżeńskich ciąż, także w Trzcielu, o czym wiem od badającej tamte czasy historyczki, ale na co można było przymknąć oko w czasie wojny, w czasie pokoju okazuje się trudne do wybaczenia. Natychmiast zaczęto by też dochodzić, czyje to dziecko i gdyby się wydało, że żydowskie, nie dano by jej żyć. Weronika decyduje się więc wyjść za Freda Meisingera, choć wie, że nie będzie jej łatwo. Pewnie tolerowano by jej polskość, gdyby wniosła do tego małżeństwa pokaźne wiano. Ale przecież ona pochodzi z biednej rodziny, a Meisingerowie są zamożni. W tej sytuacji jej narodowość staje się obelgą, bo idzie w parze z biedą.
Dzięki zestawieniu dwóch bohaterek będących obywatelkami dwóch państw pokazuję różnice, ale i podobieństwa w międzywojennych dziejach Polski i Niemiec. Owe podobieństwa biorą się stąd, że wiele ówczesnych wydarzeń wykracza poza doświadczenia narodowe, jak choćby powojenny kryzys gospodarczy i jego apogeum – hiperinflacja. Są też po obu stronach napięcia na tle narodowościowym.
O ile, jak pani wspomniała, Weronika nie interesuje się polityką, o tyle Joanna wikła się w sprawy ocierające się o szpiegostwo. Skąd taki wątek?
– Zanim to wyjaśnię, pragnę poświęcić kilka zdań poznaniance, Joannie Podbielskiej. To młoda wdowa, która odżywa po nieudanym małżeństwie. Wykorzystując to, że mieszka w dużym mieście i ma skromne, ale pewne źródło utrzymania, uzupełnia wykształcenie, a pracując w Archiwum Państwowym w Poznaniu, styka się z ciekawymi ludźmi. Jest kobietą nowoczesną, ambitną i zorientowaną w polityce. Za to wszystko płaci jednak samotnością, gdyż niewielu mężczyzn potrafi sobie wyobrazić małżeństwo z kimś takim. A tego jedynego, który byłby w stanie to zaakceptować, ona z kolei odrzuca. Wracam teraz do pytania o wątek szpiegowski. Trzciel, miasteczko leżące na pograniczu, w okresie międzywojennym nazywane było stolicą szpiegów i przemytników, dlatego kiedy pisałam pierwszy tom, uznałam, że ten wątek warto wprowadzić – głównie dla zaspokojenia oczekiwań tych czytelniczek i czytelników, którzy interesują się historią pogranicza. Joanna, kobieta nietuzinkowa, zostaje więc polskim szpiegiem zbierającym informacje podczas częstych odwiedzin w niemieckiej części Trzciela. Oczywiście żadna z niej Mata Hari. Ona tylko rozmawia z ludźmi, słucha i się rozgląda, czyli prowadzi tzw. płytki wywiad.

Ale tej sensacji jest w powieści więcej. Mam na myśli choćby wątek związany z kradzieżą złota z pociągu w 1916 roku.
– To wydarzenie wymyśliłam, choć prawdą jest, że trochę później niż rozgrywa się akcja drugiego tomu, bo w latach 30., na granicznym dworcu w Zbąszyniu zaginęła przewożona pociągiem skrzynia ze złotem. Może dokonała tego ta sama szajka, która działa w mojej książce? (śmiech). Natomiast wszystko to są elementy, które mają potęgować zainteresowanie czytelników, podobnie jak wątki romansowe, owe szczęśliwe i nieszczęśliwe miłości, które nigdy nie były pierwszoplanowe w moich książkach. Tym, co mnie najbardziej interesuje, to wpływ polityki i wielkiej historii na dzieje konkretnego miejsca, losy jego mieszkańców i ich wzajemnych relacji.
Dla mnie „Bez miłości” to powieść o uwikłaniu – we wszystko to, co nieść może niespokojny czas dwudziestolecia międzywojennego i uwarunkowania geopolityczne – w tym właśnie miasto przecięte granicą. Oznacza to także uwikłanie w relacje bohaterek z Niemcami. Weronika, jak mówiliśmy, wychodzi za Niemca za mąż, ale i Joanna poznaje Niemca, Roberta Willmanna.
– Wydawało mi się to naturalne. Często na spotkaniach autorskich słyszę, że po lekturze mojej książki czytelniczka lub czytelnik „wreszcie wie, jak było”. Wtedy podkreślam, że ja nie wiem jak było. Cokolwiek piszę o historii jakiegoś miejsca, jest wizją powstałą z połączenia wiedzy i wyobraźni. A to znaczy, że mogło tak być, ale wystarczy jedna błędna teza, by wizja stała się nieprawdziwa. W przypadku mieszanych małżeństw, elementem tej wizji jest przekonanie, że ludzie na pograniczu zawierali małżeństwa czy wchodzili w związki mieszane – pod względem wyznaniowym czy narodowościowym. Tego nie dało się uniknąć i długo nie niosło to większego społecznego potępienia. Przynajmniej do czasu gdy nie wkroczyła między ludzi polityka ze swoimi podziałami, nacjonalizmem, a później ustawami norymberskimi.
Tym, co mnie najbardziej interesuje, to wpływ polityki i wielkiej historii na dzieje konkretnego miejsca, losy jego mieszkańców i ich wzajemnych relacji.
Jest w powieści scena, w której Joanna wysiada na polskiej stacji kolejowej w Trzcielu i wynajmuje chłopca oferującego niesienie bagażu. Gdy pyta o cenę, dowiaduje się, że jak do Polski to 500 marek, ale jak do Niemiec to 1000, bo trzeba przejść granicę. Można tę scenę czytać tylko na poziomie fabularnym i doceniać zrobiony przez panią research, ale dla mnie to scena pokazująca także symbolicznie, że za przekraczanie granic płaci się wysoki koszt. Pani bohaterki doświadczają tego wielokrotnie, na wielu poziomach.
– Tak właśnie jest. Wszystkie moje powieści zaliczam do nurtu herstorii. Opowiadam o kobietach, które zawsze więcej płacą za przekraczanie granic. Mężczyznom wybacza się łatwiej. Kobiety za przekroczenie tych samych norm obyczajowych karane są znacznie surowiej, często przez inne kobiety. Wciąż aktualny jest problem pozostawania w związku z przemocowymi mężami lub partnerami w obawie przed utratą środków do życia i potępieniem ze strony otoczenia, a nawet własnej rodziny.

Tym, z czym musi zmagać się Weronika, jest też choroba frontowa, na którą cierpi Fred Meisinger. Ten problem dotyczył bardzo wielu mężczyzn, którzy wrócili z Wielkiej Wojny i nie byli w stanie poradzić sobie psychicznie z tym, co przeżyli w okopach. Widzimy to w powieściach, opisujących tamte czasy, ale pani pokazuje na przykładzie Weroniki drugą stronę problemu: los kobiet, które muszą mierzyć się z traumą swych mężów.
– To jest coś, co mnie interesuje już od debiutu, czyli od książki „Cierpkie grona”, gdzie również pojawia się epizodyczna postać, chory weteran I wojny światowej. Ale interesuje mnie to właśnie w kontekście kobiet. Byłam nauczycielką historii i od zawsze dostrzegałam, że to, co znajdujemy w podręcznikach, to wiedza niepełna, bo często pomijająca rolę kobiet. Każda moja książka mówi o kobietach żyjących w tle rozgrywających się wydarzeń wojennych lub mierzących się ze skutkami tych wydarzeń. A przecież kobiety ponoszą nie mniejsze od mężczyzn konsekwencje wojen. To na nie spada ciężar samotnego wychowywania dzieci, dbania o zabezpieczenie bytu rodziny, to one i ich dzieci padają ofiarami gwałtów i rabunków dokonywanych przez żołnierzy wroga. Mężczyzna, który wraca z wojny, na ogół nie interesuje się tym, czego kobieta dokonała, by przetrwać. Nie docenia wysiłku włożonego w ocalenie rodziny. Zamyka się w swoim bólu i traumie. Kobieta nie może liczyć na wsparcie psychiczne z jego strony, przeciwnie to ona musi mierzyć się z psychicznym i nierzadko fizycznym okaleczeniem swego mężczyzny. W tym kontekście postawa Weroniki jest godna pochwały – chociaż wychodzi za Freda z konieczności, to chce mimo wszystko być dobrą żoną, bo tak przysięgała, i chce mu pomóc, chce go leczyć, nawet wbrew woli jego rodziny.
W postawie Weroniki jest wiele heroizmu, o którym się rzadko mówi.
– W przypadku mojej debiutanckiej powieści, która ukazała się w 2017 roku, można było usłyszeć opinie, że jestem pierwszą pisarką, która spogląda na ten problem od strony kobiet. To nieprawda, były wcześniej takie książki, ale być może moja trafiła lepiej z tym przekazem. Takie pisanie było świadomym wyborem. Wcześniej przeczytałam wiele powieści, których bohaterkami były kobiety. Najczęściej jednak proza ta skupiała się na wątkach romansowych, miłosnych. Po takiej lekturze wiedziałam, jak nie chcę pisać. Od tej pory we wszystkich książkach poruszam problemy kobiet zderzonych z historią, ale wątek miłości, jeśli się pojawia, nigdy nie jest dominujący.
Byłam nauczycielką historii i od zawsze dostrzegałam, że to, co znajdujemy w podręcznikach, to wiedza niepełna, bo często pomijająca rolę kobiet. Każda moja książka mówi o kobietach żyjących w tle rozgrywających się wydarzeń wojennych lub mierzących się ze skutkami tych wydarzeń.
To też oznacza przekraczanie granic. Tym razem literackiej konwencji.
– To prawda i od początku czuję, że to ma swoją cenę. Prawdopodobnie książki o fabule skupionej na romansie cieszyłyby się większą popularnością (śmiech). Ale ja nie chcę i nie potrafię pisać inaczej. Kiedy kreuję postać i wymyślam historie z nią związane, zawsze zagłębiam się w jej psychikę, w jej motywacje, bo pragnę, by była wiarygodna, a nie jednowymiarowa. Takie podejście oznacza, że nie mam co liczyć na masowego odbiorcę, ale tylko takie pisanie daje mi przyjemność tworzenia. To samo dotyczy podejścia do faktów historycznych. To fabuła ma być im podporządkowana. Nie zmieniam i nie przekłamuję historii, by było ładniej lub wygodniej.
Podjęcie takiego ryzyka poprzedzone musi być głębokim researchem. Na ile zatem ten Trzciel i całe historyczne tło z pani powieści są prawdziwe, a na ile bazują na wyobraźni?
– Odpowiem jak na spotkaniach autorskich: nie mam pojęcia (śmiech). Próbuję wykreować wiarygodny obraz Trzciela w okresie międzywojennym. Podobnie jest z Poznaniem, wiedzę o którym czerpię, m.in. z ówczesnej prasy. Sporo czytam o okresie i o miejscu, które opisuję. Sięgam i po literaturę faktu, opracowania naukowe, i po prozę. Dużo mi dała lektura „Czarnego obelisku” Ericha Marii Remarque’a, bo proza z epoki najlepiej oddaje emocje ludzi żyjących w tamtym czasie. Pogranicze znakomicie opisane jest z kolei w zbiorze esejów prof. Marcelego Tureczka „Pogranicze. Przeszłość bez historii…”. W przypadku cyklu „Pomiędzy” ważne jest dla mnie też docieranie do osób, które mogą przechować pamięć rodziców czy dziadków. Nie mówię tu tylko o zapisanych wspomnieniach, pamiętnikach, która mają olbrzymią wartość, ale też o rozmowach twarzą w twarz, o ile jest to możliwe. Podczas rozmowy – nawet jeśli ten ktoś nie przekazuje mi nowej wiedzy – mogę odczytywać jego emocje, które zapamiętuję i zostają one we mnie aż do przelania książki na papier. Wielką pomocą służy mi mąż, bo zna niemiecki. Nie tylko tłumaczy dokumenty czy opracowania, ale w razie potrzeby pełni role tłumacza podczas spotkań z Niemcami. Mogę też liczyć na pomoc takich osób, jak wspomniany profesor Marceli Tureczek, Andrzej Kirmiel, dyrektor Muzeum Ziemi Międzyrzeckiej, czy też dr Katarzyna Sztuba-Frąckowiak, opiekun naukowa tegoż muzeum i twórczyni Fundacji Miejsce Pamięci Obrzyce/Gedenkstätte Obrawalde. Cieszę się, że tego rodzaju autorytety uważają, że warto mi pomóc jako pisarce.
Rozmawiał Przemysław Poznański
*Zofia Mąkosa – debiutowała w 2017 roku powieścią „Cierpkie grona”, pierwszym tomem cyklu „Wendyjska winnica”. Dwa lata później ukazało się „Winne miasto”, w roku 2020 „Dolina nadziei”. Dwie pierwsze powieści zostały wyróżnione Lubuskim Wawrzynem Literackim. Jest też autorką książek z serii „Makowa spódnica”: „Kamień w wodę” i „Siostry”.

