Dał nam „Złego”, „Filipa”, „Życie towarzyskie i uczuciowe” oraz „Dziennik 1954”. W 105. rocznicę urodzin Leopolda Tyrmanda o wszystkich twarzach pisarza, jakie znajdziemy w biografii pióra Marcela Woźniaka pisze Jakub Hinc.
Urodził się w roku Bitwy Warszawskiej w stolicy odrodzonego kraju, w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Kolejna wojna zrobiła z niego półsierotę, a powojenne losy stworzyły pisarza, który na pewien czas nawet został idolem czytelników, potem bikiniarza i w końcu emigranta szukającego chleba za Wielką Wodą.
Z całą pewnością można powiedzieć, że o Leopoldzie Tyrmadzie wiemy dość sporo, bo mamy już pełen dostęp do jego twórczości. Miał też Tyrmand kilku biografów, którzy dość wnikliwie poszperali w jego życiorysie wywabiając na światło dzienne kilka białych i kilka szarych plam. Jedną z najciekawszych biografii okazuje się „Tyrmand. Pisarz o białych oczach” Marcela Woźniaka.
Byk i człowiek

Tyrmand buduje lingwistyczną etymologię swojego nazwiska sięgając do języków skandynawskich, w których „tyr” oznacza byka, a „mand” może mieć związek ze słowem człowiek. „Skąd jednak onomastyczne tradycje wikingów u siedzącego od pokoleń w centrum Polski pospólstwa, tego nie wiem. W każdym razie nazwisko moje brzmi sprężyście i bardzo jestem doń przywiązany” – te słowa autora „Złego” przywoła na kartach książki „Tyrmand. Pisarz o białych oczach” jego biograf Marcel Woźniak.
W rzeczywistości sprawa jest prosa. Zaborcy chcąc opodatkować również Żydów, musieli ich najpierw zidentyfikować, więc na początku XX wieku zaczęli nadawać im nazwiska. Bogatsi za łapówki załatwiali sobie nazwiska lepiej brzmiące, jak Goldstein czy Oliwenstein (takie nazwisko panieńskie nosiła matka Leopolda), a krewnym ze strony ojca przypadło gorsze, przy czym chyba złośliwie nadane bo „tier” – zwierzę i „der Mund” – gęba. Z biegiem lat Tyrmund ulega przegłosowi i gdy w 1919 roku Mieczysław żeni się Marylą, w dowodach osobistych będą już mieli wpisane nazwisko Tyrmand.
Adept architektury i czerwony pismak
Na rok przed wybuchem wojny Tyrmand zdaje maturę i jedzie na studia do Paryża. Ma zostać architektem, ale z najsłynniejszym francuskim modernistą w tym fachu porozmawia nad Sekwaną o sporcie. Wówczas zamienia kilka słów z Le Corbusierem. Spotka go jeszcze raz po wojnie w 1948 roku na zorganizowanym przez komunistów we Wrocławiu Międzynarodowym Kongresie Intelektualistów, gdzie będzie też Irena Curie i Pablo Picasso. Z tym ostatnim zrobi sobie zdjęcie. Kariera zawodowego sportsmena nie jest mu jednak pisana, za to jazz, którego wówczas pokosztuje, zostanie z nim już na lata. Po pierwszym roku studiów Tyrmand przyjedzie do Warszawy na wakacje i tu go dopadnie wybuch II Wojny Światowej. Z za chwilę podbitej przez hitlerowców Warszawy przedostanie się Wilna. Nie mają tego szczęścia jego rodzice. Oboje trafią do niemieckiego obozu koncentracyjnego na Majdanku.
Przeżyje tylko matka, która po wojnie wyemigruje do Izraela. Za to Tyrmand w zajętym przez Armię Czerwoną Wilnie zacznie pisać do „Komsomolskiej Prawdy” codzienne felietony polityczno-propagandowe „Na kanwie dnia”, a także relacje sportowe. Był też redaktorem naczelnym „Prawdy Pionierskiej”. Dziennikarz emigracyjny i inny z biografów Tyrmanda Henryk Dasko, który podobnie jak Tyrmand znalazł się za oceanem, tyle że w Kanadzie, tak to ujął: „miał wtedy dwadzieścia lat, był uciekinierem z okupowanej Warszawy, pozbawionym jakiegokolwiek osobistego lub środowiskowego doświadczenia z systemem komunistycznym. Pochodził z rodziny liberalnej, w której nie istniała antyrosyjska tradycja, istniały natomiast żywe sympatie lewicowe”. Ale ma też „okres wileński” Tyrmanda drugie oblicze, bo włącza się w działalność konspiracyjną AK, a zadenuncjowany sowieckiemu KGB trafia katowni na Łukiszkach.
Jazzujący kelner
Zrządzeniu losu i swojemu sprytowi Tyrmand zawdzięcza życie. Niemcy w czerwcu 1941 roku zaatakowały ZSRR, więc zanim na dobre dobrali się do niego czerwoni oprawcy Wilno przeszło w niemieckie ręce. Dla Żyda jednak wcale to nie musiała być dobra wiadomość. Udając Francuza trafia do pracy w austriackim hotelu. „Tymczasem nocny portier dostał powołanie i ja zastępowałem go, gdy oficerowie przychodzi z pociągów i pierwsze, o co po wypełnieniu kart meldunkowych grzeczniutko pytali, to czy nie mógłbym im jakoś umilić jedynej nocy, jaką mają w Wiedniu przed zanurzeniem się w odmęty bitew nad Dnieprem. Ja mogłem i umilałem, jak mogłem. (…) Marszałek Żukow nawet nie wie, ile mi zawdzięcza” – napisze Tyrmand, wspominając jak podsyłał prostytutki żołnierzom Wehrmachtu, Waffen SS, czy junakom z Hitlerjugend.
Ten okres swojego życia zawrze na kartach na poły autobiograficznego „Filipa”. Powieść ukaże się w Polsce w1961 roku i będzie ostatnią książką, którą wyda w kraju, zanim go na dobre opuści. Fabuła powieści mówi o doświadczeniach wojennych młodego Polaka, którego ścieżki zawiodły do Frankfurtu nad Menem, gdzie jest kelnerem w jednym z hoteli i pracuje wśród młodzieży pochodzącej z krajów okupowanych przez Niemcy. Odnajduje tam całkiem niespodziewanych sojuszników. Są nimi wszyscy, których dosięgły wspólne wojenne doświadczenia. Także młodzi Niemcy. Właśnie tam zaprzyjaźnia się z Peterem van Diggele i razem, choć to w III Rzeszy zabronione, będą słuchać na łódce jazzu. Ta przyjaźń przetrwa okupację. Na podstawie „Filipa” powstanie tak samo zatytułowany film w reżyserii Michała Kwiecińskiego, który zostanie nagrodzony Złotymi Lwami na festiwalu w Gdyni w 2022 roku.
I jeszcze raz jazz
Tyrmand wpada na pomysł, żeby zaokrętować się na niemieckim statku, potem z niego uciec i przez Szwecję dostać się do Polski. Pomysł tylko częściowo wypala. Wpada, gdy zagaduje do rosyjskiego kolegi, co nie uchodzi uwadze reszty załogi. Gdy statek dociera do kolaborującej z Niemcami Norwegii zostaje aresztowany i trafia do obozu koncentracyjnego. Na szczęście dla niego nadchodzi koniec wojny i po wyzwoleniu z obozu pracuje dla Czerwonego Krzyża w Danii i Norwegii, a potem zostaje kierownikiem biura prasowego polskiego poselstwa w Kopenhadze. W kwietniu 1946 powrócił do Warszawy.
Miasto, które znał sprzed wojny już nie istnieje, jeszcze też jednak nie zaczęła się na dobre przebudowa stolicy. Ta dopiero jest na deskach kreślarskich. Ale miasto ma swój podskórny puls, który Tyrmand już wyczuwa. Tymczasem pisze dla „Przekroju”, Expresu Wieczornego”, Tygodnika Powszechnego”, „Rzeczpospolitej”. Publikuje też w „Ruchu muzycznym”. W 1947 ukazał się jego pierwszy zbiór opowiadań wojennych Hotel Ansgar.
„Złego” początki
Cenzura i aparat państwowy PRLu w latach powojennych ograniczają coraz bardziej wolność słowa, co przekłada się też na źródło utrzymania Tyrmanda, bo przejmowane są redakcje, w których publikuje swoje teksty. W 1950 roku wylatuje z „Przekroju” po relacji z turnieju bokserskiego, w którym zmierzyli się polscy bokserzy z zawodnikami z ZSRR, a o wyniku zadecydowali ustawieni sędziowie. Traci też pracę w przejętym przez PAX „Tygodniku Powszechnym”. Ale udaje mu się zorganizować pierwszy w Polsce i w ogóle w całym bloku socjalistycznym „Jam Session nr 1”. To jednak nie wystarcza. Sfrustrowany pisarz, zamknięty w YMCA przy ul. Konopnickiej zaczyna w 1954 roku pisać dziennik, którego historia wydań będzie ilustracją ówczesnej rzeczywistości zarówno przed, jak i za żelazną kurtyną.
Pisanie „Dziennika” przerwie Tyrmand w kwietniu 1954. Otrzyma wówczas zlecenie od Wydawnictwa Czytelnik na napisanie „Złego”. Tę sensacyjną powieść o powojennej Warszawie. Która stała się jego opus magnum, wydano w grudniu 1955 i od razu stała się bestsellerem. Zły – bohater powieści – to mężczyzna, który dorastał na warszawskiej Pradze. Akcja powieści toczy się w tym bardzo charakterystycznych dla okresu powojennego miejscach stolicy, w ruinach „Dzikiego Zachodu”, na gruzowisku Muranowa, odbudowywanej Starówce, w Centralnym Domu Towarowym, na Torwarze, w hali na Koszykach, na bazarze Różyckiego, w gmachu Sądu na Lesznie, na dworcach kolejowych, w tramwajach, trolejbusach, autobusach i na w zrujnowanych kamienicach, parkach, podejrzanych mordowniach, barach mlecznych, kawiarniach i restauracjach. Wiele opisanych w książce zdarzeń autor umieścił w najbliższej okolicy swego miejsca zamieszkania, w budynku YMCA, na placu Trzech Krzyży, na Frascati, czy na Konopnickiej. Tak naprawdę jest w niej zawarty opis miasta, które wówczas istniało, ale którego śladów najczęściej już nie ma – Warszawa z połowy lat pięćdziesiątych powoli znika. Powieść przemycała krytykę powojennych porządków. Była traktowana jako jeden ze zwiastunów odwilży w polskiej literaturze. Ale krytyka literacka przyjęła książkę raczej chłodno, a UB zamontuje w mieszkaniu autora podsłuch.
Amerykański dziennikarz
Po „Złym” Tyrmand wydał jeszcze pierwszą część minipowieści „Wędrówki i myśli porucznika Stukułki” oraz zbiór opowiadań „Gorzki smak czekolady Lucullus”. W kraju wyszedł jeszcze tylko „Filip” i po tym krótkim epizodzie odwilży znów został obłożony zakazem publikacji. Na ten czas nałożyły się też problemy ze zdrowiem Basi Hoff – jego drugiej żony. Wcześniej krótko był w związku małżeńskim ze studentką ASP, Małgorzatą Rubel-Żurowską. Nie mógł publikować w kraju, ale władza ludowa nie chciał mu też dać paszportu, ostatnią zgodę na wyjazd otrzymał w 1959 roku. Potem już odmawiano mu paszportu. Dokument ten otrzymał dopiero w 1965. Decyzję o powrocie uzależnił od szans na wydanie „Życia towarzyskiego i uczuciowego”. Powieść została jednak zatrzymana przez wydawnictwo. Tyrmand wydał ją w 1967 w paryskim Instytucie Literackim, czym już na dobre zamknął sobie możliwości publikowania w PRL-u.
Początkowo na emigracji utrzymywał się z publikacji w paryskiej „Kulturze”, ale skonfliktował się z Jerzym Giedryciem. W latach 1967–1971 współpracował z tygodnikiem „The New Yorker”, wydał tam też zbiory esejów „Dziennik amerykański” oraz „Zapiski dyletanta”. W redakcji tych tekstów i korekcie językowej pomogła mu ówczesna partnerka, nowojorska dziennikarka i researcherka, Beverly de Luscia. Ale to już powoli rodzi się epoka kontrkultury i młodzieżowego buntu. Tyrmand okazuje się być zwolennikiem wartości konserwatywnych i ostro sprzeciwia się tendencjom lewicowym. Pamiętajmy jednak, że to lata wojny w Wietnamie, zarania epoki Dzieci Kwiatów i hipisów. Świat się zmienia, ale dla twórczości Tyrmanda z tego okresu mottem jest: „Przybyłem do Ameryki, aby bronić jej przed nią samą”.
Paleokonserwatysta z Rockford
Pisarz coraz bardziej przesuwa się na pozycje konserwatywne, definiowane wręcz jako paleokonserwatyzm, a mainstreamowe media – tym razem w USA – odmawiają mu publikacji kolejnych tekstów. Wybawieniem okazuje się list, który dostaje od Jona Howarda z Rocford w stanie Connecticticut na Środkowym Wschodzie. Tyrmand otrzymuje propozycję objęcia stanowiska redaktora naczelnego miesięcznika „Chronicles of Culture”, pisma adresowanego do zamożnych, bardzo konserwatywnych Amerykanów. Szefuje pismu aż do swojej śmierci. Z dziećmi i ostatnią żoną pisarza, Marry Ellen Fox, kilkukrotnie spotka się jego biograf Marcel Woźniak i bardzo osobiste wyznania, którymi się z nim podzielą, okażą się rzucić na sylwetkę autora „Złego” jeszcze inne światło. To co usłyszy Woźniak od Marry Ellen, jest narracją osoby, która spędziła z pisarzem ponad dziesięć lat i była w jego ostatnich chwilach. Rozmowy z dziećmi Tyrmanda, choć one same nie mogą dobrze pamiętać ojca, to są przecież poniekąd kustoszami jego pamięci i też na wiele spraw związanych z życiem pisarza pozwalają spojrzeć z jeszcze innej perspektywy.
Leopold Tyrmand zmarł w 1985 roku w Fort Myers. Po jego śmierci cytowany też w jego biografii przez Marcela Woźniaka sam Sławomir Mrożek napisał: „… nic nie przychodziło mu samo, nic nie przychodziło mu łatwo. Nie należał do tych, którzy urodzili się w czepku ani pod szczęśliwą gwiazdą. Żadna dobra wróżka nie zjawiła się u jego kołyski”. A jednak mimo to, a może właśnie dlatego twórczość Leopolda Tyrmanda – i on sam – stała się ważnym elementem w tradycji literatury polskiej. Może także dlatego, że jego książki, artykuły i reportaże – jeśli przyjąć odpowiednią optykę – mówią o uniwersalnych wartościach i tym samym niosą za sobą uniwersalne przesłanie.

