W przejmujących „Zwierzętach łownych” Anny Mazurek nie ma miejsca na niuanse i kompromisy. Jak w mrocznej baśni można tu być albo oprawcą, albo ofiarą. Być albo żywym, albo martwym – pisze Przemysław Poznański.

„Zatem bajka” – czytamy na pierwszej stronie. To zapowiedź, że wkraczamy oto w opowieść zbudowaną na wyraźnych opozycjach, na konflikcie opartym o skrajnie spolaryzowane postawy, na opozycji dobra i zła, które nie podlegają interpretacji, bo stają się synonimami życia i śmierci. To, co dobre chce trwać, to, co złe, pragnie niszczyć. W takim świecie nie ma miejsca na dyfuzję postaw, na porozumienie budowane na ustępstwach, na zmianę frontu, czy półśrodki. To niemożliwe w obliczu – jak prawi w swym proroctwie miejscowa Szeptucha – nadciągającego końca świata.
Anna Mazurek daje nam taką właśnie opowieść: nabrzmiała kontrastami, radykalną, osnutą wokół licznych, a przy tym równie nierozwiązywalnych konfliktów: pokoleń, wrażliwości, interesów, ideologii. I nic dziwnego – nie może być inaczej w świecie zbudowanym na fundamentach niewybaczalnej krzywdy, bólu i strachu, jakich doświadczą tu zarówno ludzie jak i zwierzęta, a nawet szerzej – przyroda jako taka. To świat okrutny, w którym nie da się stać pośrodku. Ale nic w tym dziwnego, skoro – jak czytamy – „do zwierząt łownych objętych całoroczną ochroną należą tylko łosie. Cała reszta musi sobie jakoś radzić”.
Między ubojnią a bólem lasu
Jak sobie radzi? W Koprowie i okolicznych wsiach, będących tyleż kwintesencją małej społeczności hermetycznie zamkniętej w napędzającym ją układzie, co metaforą Polski, a może świata coraz bardziej dzielącego się na „dwa plemiona”, jesteś albo po stronie pieniędzy, czyli trzęsącego tym miejscem biznesu, tożsamego jednak z zadawaniem śmieci, albo trzymasz się na uboczu, w ciszy, wybierając życie. Z jednej strony mamy więc właściciela miejscowej ubojni drobiu Henryka Podkowińskiego, z drugiej tych, którym obca jest przemoc, którzy empatyzują z przyrodą, czują nawet ból lasu ranionego raz po raz przez człowieka.
To konflikt jest wyraźny, choć wciąż tylko nerwowo pulsuje pod niezliczonymi warstwami mijających lat i pozornie zapomnianych zdarzeń, ale i pod kolejnymi pokładami historii zabranych stąd stąd przez tych, którzy wyjechali, uciekli, nie potrafiąc dłużej tkwić w bólu, jaki zdano im w imię podziału na lepszych i gorszych, na bezkarnych i skrzywdzonych. Nie potrafiąc udawać. Nie potrafiąc znosić kolejnych klęsk.
Przeczytaj także:
Strategia przetrwania
Większość jednak jak w klinczu tkwi w tym lokalnym układzie, w którym chodzi przede wszystkim o to, by nie wchodzić możnym tego świata w drogę. A czasem nawet umieć z tego układu czerpać korzyści, starając się wciąż nie sprzeniewierzać swoim zasadom: „(…) żyłem z tego, że mój ojciec zabija kurczaki” – przyzna nam narrator, dwudziestoczteroletni Jerzy, który pewnego dnia wróci z miasta na wieś, rozczarowany bezskutecznym poszukiwaniem pracy po zakończeniu studiów. Nie wróci do ojca, bo nie jest w stanie się z nim porozumieć. Woli zatrzymać się u ciotki Matyldy, opiekunki niezliczonego stada kotów, także skonfliktowanej z ojcem chłopaka, ale czerpiącej zyski z najmu gruntów pod ubojnią. „Jesteśmy wegetarianami na utrzymaniu rzeźnika” – powie Jerzy.
Bo to, co różni ojca i syna, to nie tylko konflikt pokoleń, to także konflikt ideologii, wynikający ze skrajnie odmiennego pojmowania roli człowieka w świecie natury. Omijanie ojca szerokim łukiem jest wyrazem buntu, ale cichego. Jerzy wpisuje się w charakterystyczną dla przeciwników Podkowińskiego strategię cichego przetrwania. Tyle że w świecie „Zwierząt łownych” – jest się drapieżnikiem albo ofiarą. Nie da się po prostu przetrwać, rezygnując „z udziału w życiu”, jak chce bohater. Przekona się o tym dotkliwie i to dość szybko. Nie dość bowiem, że trafia do wsi w momencie, gdy trwać będą poszukiwania zaginionej aktywistki ekologicznej Zuzy Karpińskiej, która wcześniej wyraźnie podpadła właścicielowi ubojni, to jeszcze w drodze ze sklepu spotyka Katię – kobietę doświadczoną przed laty bolesną stratą. Liszkę – jak nazwie ją ciotka. Te dwa zdarzenia będą miały potencjał, by poruszyć lawinę. To, co tylko tliło się pod powierzchnią, może przecież w każdej chwili wybuchnąć, rozbudzić mogą się demony żywiące się z jednej strony pretensjami i żalem, z drugiej nienawiścią i pogardą.
Eko-baśń o naturze i człowieku
Czy jednak bunt jest możliwy w miejscu przesiąkniętym nie tylko – jak chce Matylda – „małymi, głupimi świństewkami pijaków i kretynów”, ale i skutecznie wybieranymi prawdziwie mrocznymi tajemnicami? Czy możliwe będzie pójście na konfrontację, wymagające aktu prawdziwej odwagi od kogoś takiego jak Jerzy, który przede wszystkim pielęgnuje w sobie swoje lęki, obawy i przekonanie o swojej nikłej sprawczości, o byciu „śmieciem na wietrze”? Być może czasem wystarczy mały pierwszy gest, jak oczyszczenie basenu? A może, by doświadczyć katharsis, trzeba w rytmie pieśni „Darz bór” wziąć udział w prezentacji przez miejscowych myśliwych „pokotu” i dojrzeć w oczach martwych zwierząt ich krzywdę, ale i krzywdę ludzi.
Anna Mazurek, trochę jak Olga Tokarczuk w „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, daje nam eko-baśn o naturze i człowieku, czyli jednym z owych stworzeń pozbawionych ochrony przed odstrzałem. To baśń, a może moralitet, o niezawinionych śmierciach i tak bardzo unieważniającym je lęku przed konfrontacją ze złem. Ale i baśń o możliwej niezgodzie na zło. Możliwej, bo koniecznej, gdy uświadomimy sobie, jak wysoka jest stawka.
Anna Mazurek, Zwierzęta łowne
Wydawnictwo W.A.B., 10 kwietnia 2024
ISBN: 9788383195759
About predators and prey | There is no room for nuance or compromise in Anna Mazurek’s poignant 'Zwierzęta łowne (Game Animals). As in a dark fairy tale, you can be either a torturer or a victim here. To be either alive or dead,” reviews Przemysław Poznański.

