TE FASCYNUJĄCE SŁOWA | Na końcu języka. Z orientalistą prof. Andrzejem Pisowiczem rozmawiają: Kornelia Mazurczyk i Zbigniew Rokita

Książkę czytam łapczywie, z wypiekami na twarzy. Wiem już, dlaczego piszemy od lewej do prawej, dziwię się, że to Henryk Sienkiewicz wymyślił słowo „pocztówka” i na chwilę dzięki tej książce wracam do Paryża sprzed lat…

MARGOT LAMPA-SŁABOSZ

na-koncu-jezyka-b-iext28705989…siedzę przy stoliku i popijam café crème z Lilą, moją teherańską przyjaciółką, która z przejęciem tłumaczy mi, że nie jest Arabką. Na serwetce pisze dziwnym, „wężowym” pismem swoje imię. Podwija rękaw i pokazuje, że jej skóra jest jaśniejsza od mojej. A potem snuje opowieść o Persji. Jak niewiele z tego wtedy zrozumiałam, wiem dopiero dzisiaj po lekturze książki „Na końcu języka”. O Persji, Iranie i tej tajemniczej części świata jest tu wiele ciekawych historii. Ale nie tylko o tym. Chociaż prof. Pisowicz jest orientalistą, dowiedziałam się wiele o słowach, gramatyce, zwyczajach różnych krajów – praktycznie z każdego kontynentu. Książka zabrała mnie w podróż pełną przygód, zwrotów akcji i tajemnic. I jak w każdej dobrej powieści pojawił się też wątek miłosny i… dama w czerwonej sukni. Czyta się zatem ten wywiad wspaniale i tylko pochłaniane szybko strony napawają żalem, że lektura niebawem się skończy.

Bez trudu wyobrażam sobie, że emerytowany profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego mógłby specjalistycznym słownictwem i retoryką prac naukowych zanudzić czytelnika na śmierć. Mógłby, ale tego nie robi. Co więcej jego zwięzłe, treściwe i wyrażone w prosty, wręcz dziennikarski sposób wypowiedzi są wielkim atutem tej pozycji. Czytałam i co raz bardziej czułam sympatię dla człowieka, który nie kreuje się na alfę i omegę, przyznaje np. że dyplomata z niego kiepski, a przy tym wciąż zadziwia wiedzą, doświadczeniem i różnokulturowymi dykteryjkami.

Czytaj także: RECENZJA Z KOŃCA ŚWIATA. Nina George. Księżyc nad Bretanią (Die Mondspielerin)

„Na końcu języka” to książka, która opowiada o zależnościach między językiem a literaturą, kulturą, historią. Myślę, że jest to lektura obowiązkowa dla każdego, kto zajmuje się słowem. Mam jednak nieodparte wrażenie, że czytelnikiem mógłby być każdy. Przykłady? Proszę bardzo:

Dla miłośnika kultury francuskiej: dwa krótkie opowiadania, które brzmią po francusku identycznie, ale zapisuje się je inaczej i mają zupełnie inne znaczenie.

Dla muzyków: o specjalnym, bardzo dziwnym zapisie nut

Dla pasjonatów s-f i teorii spiskowych: Kurdowie nie mają czasu przyszłego. Przypadek?

Dla feministek: słowo kobieta było wulgaryzmem!

Dla miłośników Biblii: kawałek ewangelii św. Jana w slangu młodzieżowym (…)„Panna przyczaiła: Koleś, ale ja nie mam męża…” . Wymiata.

Dla osób nie mających ochoty uczyć się angielskiego: dowód, że angielski spośród języków świata najmniej nadaje się na język ogólnoświatowy.

Dla miłośników przekleństw: Jak się klnie w różnych krajach. I dlaczego nie dalibyśmy rady zakląć jak niektórzy mieszkańcy basenu morza śródziemnego.

Dla grzybiarzy: niderlandzkie słowo grzybek to dosłownie: stołeczek dla żabki.

Dla hodowców owiec: Język islandzki ma słowo, które oznacza mężczyznę zadowolonego ze swojej owcy!

Zapewniam, że mogę tak bez końca!

Czytaj także: WIWISEKCJA SUKCESU W DWUDZIESTU ODSŁONACH. Vadim Makarenko, Zawód: zwycięzca

Gdybym przyznawała gwiazdki, ta książka dostała by ich bez liku. Jest świetna. Jedyne, co można zarzucić autorom – chociaż nie wiem czy to już nie jest czepianie się – to chęć dorównania rozmówcy. Niektóre pytania sprawiają wrażenie, jakby powstały tylko po to, aby pytający miał szansę zabłysnąć swoją wiedzą. Wygląda to jakby autorzy – którzy mogliby być wnuczętami profesora Pisowicza – koniecznie chcieli robić wrażenie równorzędnych partnerów rozmówcy w tym długim wywiadzie spisanym w formie książki. Ale może to już szukanie dziury w całym?

Na końcu języka, wywiad rzeka z orientalistą prof. Andrzejem Pisowiczem. Rozmawiają: Kornelia Mazurczyk i Zbigniew Rokita

Fundacja Sąsiedzi, Białystok 2015