Książki historyczne pokazują czytelnikom jak z nienawiści i przemocy rodzi się zło, które prowadzić może do katastrofy. Pokazują też paralele między historią na naszymi czasami, których powinniśmy wyciągać wnioski – mówi Ryszard Ćwirlej, autor powieści „Na trwogę bije dzwon”, pierwszej części nowego, wojennego, cyklu kryminalnego. Rozmawia Przemysław Poznański
OBEJRZYJ FILM
„Na trwogę bije dzwon” Ryszarda Ćwirleja jest na poły retrokryminalną, na poły szpiegowską opowieścią o tym co ukryte pod maskami, które prędzej czy później muszą opaść. Choćby wraz z wybuchem wojny.
Wielkopolska czasów międzywojnia to miejsce na mapie kraju specyficzne – mimo niepodległości wywalczonej w czasie powstania z 1918 roku, wciąż mieszka tu bowiem wielu Niemców, którzy na co dzień funkcjonują na równi z Polakami, choć w wielu przypadkach ta zgodna koegzystencja jest maską, skrywająca narastający podskórnie konflikt, wzniecany przez tych, którym marzy się powrót tych ziem w granice Rzeszy. Jak maską są Towarzystwa Śpiewacze, zrzeszające de facto niemieckich nacjonalistów wyglądających tylko sygnału do mobilizacji.
Ryszard Ćwirlej doskonale odda ten charakterystyczny dla miejsca i czasu nastrój wyczuwanego niepokoju – tej gry pozorów, fałszywych tożsamości, knutych spisków, ukrytych zamiarów i chowanych głęboko uraz, potęgowanych często przez zwykłą chciwość czy wzbudzaną nienawiść. Nic dziwnego, że jego bohater, komisarz polskiej policji Antoni Fischer stąpać będzie po kruchym lodzie. Nie tylko dlatego, że jest mroźny styczeń 1938 roku, ale przede wszystkim dlatego, że sprawy, które będzie prowadził, dotyczyć będą właśnie Niemców. Jeden fałszywy krok, a skutki jego działań mogą okazać się katastrofalne.
Przeczytaj naszą recenzję:

