Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Seqoja mamy dla Was fragment opowiadania Wojciecha Czusza „Przeszłam wszystkie krainy, nie zdobyłam jednego trofeum” z tomu „Z innych źródeł”. Zachęcamy do lektury.

Tom składa się z sześciu opowiadań. Nie mają wspólnej fabuły, ale wyrażają wspólne doświadczenie: tęsknotę za prawdziwie włączającą wspólnotą i bunt wobec starego świata, który chwieje się posadach, pęka, a szczeliny w jego skorupie wpuszczają coraz więcej światła, lecz wciąż są zbyt wąskie, by dało się przez nie przecisnąć na wolność.
____________________________________
Dach się zapada. Deski musiały zawilgotnieć, nadgnić, papa trochę siadła. Dom obrasta brudem i roślinami, łopianem i mchem, pokrzywą, winem ciągnącym od ganku. Obchodzę go dookoła kolejny raz. Ziemia próbuje go wessać, pochłonąć razem z dziadkiem. Dziadek się nie daje, nie pozwala, jeszcze się piekli. W środku jasno i głośno, ale zasłony zasunięte, nic nie widać. Zaraz tam wejdę, tylko zbiorę się na odwagę.
Co ten dziadek sobie znowu wyobraża, że to będzie, jakby mu wpadła do domu ekipa reporterów TVP? Że trafi potem do jakiegoś narodowego archiwum ludzkich losów? Mogę go nagrać, zmontować to i gdzieś wrzucić, żeby dziadek mógł tam umrzeć jeden raz więcej, przez nikogo nieoglądany. Albo pozwolić mu umrzeć razem z moim twardym dyskiem – albo jeszcze wcześniej, kiedy w szpitalu, chwilę przed śmiercią, zrobię format.
Boję się, bo z hałasu wnioskuję, że jest zanadto ruchomy. Wolę go statycznego. Takiego, który o wszystko prosi i za wszystko dziękuje. On pewnie wie, że tu jestem. Pewnie słyszał zgrzytanie furtki, kroki w trawie, skrzypienie desek na ganku. Nic nie słyszał, coś tam tłucze, przestawia. Przyjechałam autobusem, szłam od przystanku. Faktycznie cicha ta okolica. Aż jeden pies zaczął na mnie ujadać zza płotu. Za chwilę drugi, trzeci, wszystkie psy wzdłuż ulicy. I najpierw ze wschodu, potem z zachodu podniosły się psie głosy, a teraz wszystkie te fale-pola przeze mnie rozszczekane; niesie się to nie wiadomo jak daleko, nie milknie. Czas wejść.
Dziadek leży na łóżku jak Sokrates przed wypiciem cykuty. W ręce ma szklankę. W szklance wodę? Wódkę?
Na pewno wódkę. W sobie wódki jeszcze więcej, jak wnioskuję. W radiu trzeszczą stare hity. Obrzuciwszy wzrokiem stół i podłogę, oskarżam:
– Dziadek celowo robi tu burdel.
On upija łyk, krztusi się z lekka, ręką wskazuje mi fotel, więc lawiruję wśród śmieci, papierów i ubrań, którymi zaścielił podłogę. Sama odczuwam gwałtowną potrzebę picia, torby z zakupami rzucam na blat, niech się tam coś jeszcze do kompletu stłucze. Wreszcie siadam.
– Przecież dziadek nie lubi pić.
– A dzisiaj piję. Napij się ze mną.
– Nie chcę, dziękuję.
– Napij, no.
– Nie chcę.
– Nie napijesz się?
– Dziadek, nie zmusza się nikogo do picia. Ty lubiłeś, jak cię zmuszali?
Dziadek się stropił, skurczył w tym swoim szlafroku, podciągnął rajstopy.
– Dziadek, czy ty się próbowałeś malować?
– Ja się na śmierć szykuję.
– To w zakładzie cię umalują.
– Twoi rodzice to samo mówili.
– To znaczy?
Coś tam myśli skulony, ale po chwili znowu się rozprostowuje, pije, siła buzuje, kipi z niego, dziadek rozniósłby siebie i dom.
– Nagrasz mnie dzisiaj, prawda?
– Dziadek jest chyba trochę trzepnięty. Na pewno takiego mam go nagrywać?
– Tak, to nie szkodzi. Ja kłamałem z tymi skrzypkami, ja je mam, tylko musiałem znaleźć.
– Stąd ten burdel?
– Tak. Nie. Znowu kłamię. One w skrzyni leżały cały czas. A burdel stąd, że trzeba posprzątać. A najlepiej się sprząta, jak się wszystkie śmieci wyrzuci na wierzch.
– Dziadku, czy to znaczy, że zagrasz
– Zagram, a ty mnie nagrasz. Ustaw już, co tam masz.
Zabrałam mały statyw biurkowy. Ustawiam z nadzieją, że skromność mojego wyposażenia go nie rozczaruje, a dziadek wreszcie wyłącza radio.
– Gdzie masz te skrzypce?
– Skrzypki? Tu.
Leżą za nim, zaplątane w pościel.
– Nagrywasz już? – Jeszcze nie.
– Powiedz, kiedy będziesz.
Wstaję, ogarniam go trochę, włosy mu przygładzam, szlafrok obciągam i zawiązuję. Dziadek lojalnie poddaje się tym zabiegom, sam wyciąga skądś grzebyk i cienkie rzadkie włosy zaczesuje na bok. Uprzątam jeszcze trochę
kadr, pościel wokół niego, poprawiam kilim.
– Obmyśliłeś sobie, co będziesz mówić?
– A jak, wszystko obmyśliłem.
– Dużo masz do powiedzenia? Możemy zrobić kilka sesji.
– Niedużo, nie bój się. Nie będę czasu zajmował. Już można?
Włączam, daję znak. Dziadek się prostuje.
– Dobry wieczór. Ja się nazywam Józef Kobylański. Urodziłem się i całe życie spędziłem we wsi Wróżenice, tyle że od roku osiemdziesiątego szóstego to już nie wieś, tylko osiedle w naszym mieście. Pochodzę z rodziny rolniczej i uprawą roli zajmowałem się przez prawie całe moje życie. Poprosiłem moją wnuczkę Magdalenę, żeby nagrała mnie i moje wspomnienia, a ona mnie również poprosiła, i ja tę prośbę spełnię, żebym jej zagrał na skrzypkach, tak jak się kiedyś grało. To zaraz zrobię, ale muszę najpierw powiedzieć jedną rzecz. Powiedziałem, że nazywam się Józef, bo tak mi na imię dano, ale to nie jest imię, które ja sam bym sobie dał. Ja całe życie prowadziłem się jak należy, dbałem o gospodarstwo, dbałem o dzieci. Czego mnie nauczono w domu, w szkole i w kościele, tego przestrzegałem. Dla żony byłem mężem jak należy, dla dzieci ojcem. Jeżeli nie dość dobrym, to dlatego, że żaden ze mnie mężczyzna. To chcę bardzo wyraźnie podkreślić. Nie wiem sam, kto ja dokładnie jestem, ale na pewno nie mężczyzna. Co najwyżej samiec. Na wierzchu mam, co mam, i wiem, jaki z tego zrobić użytek, ale to wszystko. Całe życie szukałem powodu, dla którego Bóg dał mi tę dodatkową trudność, ale niczego nie znalazłem. Być może tak już po prostu jest, w końcu ludzi na świecie są miliardy, jak ja się urodziłem, to już były nas dwa miliardy, teraz jest osiem i nie ma możliwości, żeby w tym mrowiu nie znalazł się każdy możliwy rodzaj człowieka. Wiem zresztą bardzo dobrze, choć kiedyś się o tym mało mówiło, że jest więcej takich jak ja. Dzisiaj może miałbym warunki, żeby się nad tym lepiej zastanowić. A teraz wam zagram.
Wziął skrzypce i zagrał melodię, jakiej się nigdy nie spodziewałam. Melodię dziką, korzenną, szaloną. Krótkimi uderzeniami smyczka wydobywał ze skrzypiec ostre, raniące dźwięki, jakby ciął nimi skórę i uwalniał ropę, która wycieka, wylewa się, łagodząc ból. Z początku zdawało mi się, że otoczył mnie jakiś potężny, straceńczy chaos o niezwykłym rytmie, ale wkrótce dostrzegłam w nim konstrukcję, zaczęłam odróżniać części, frazy, powtórzenia, warianty. Myślałam, że to jakiś cud-kanon albo cud-fuga, potem dopiero zrozumiałam, że to nie żadne cud-coś, to pospolity cud wiejski, który już się nie zdarza przy kaplicach ani na weselach, to był polny ober, ciągnący się bez końca, zapraszający do tańca, zrodzony z żyznych ziem, gęstych lasów, długich zim, gorących lat, z pracy ponad siły, z zabawy ponad siły, z bycia sobą, tylko sobą, nieodwołalnie sobą, gdy wokół nieprzebrane rzesze – niezmierzone ziemie – a przecież nie wolno nic – nie da się nic – w tych oczach nic – tylko łzy.
Nasza recenzja
Wojciech Czusz, Z innych źródeł
Wydawnictwo Seqoja, 19 marca 2026
ISBN: 978-83-67935-51-7

