Dzięki byciu pomiędzy mam przywilej krytycznej obserwacji, poczucie bycia w bliskości z samą sobą i wyboru, do kogo i do czego aktualnie mi najbliżej. Bycie w “Pomiędzy” daje mi poczucie wolności, które jest dla mnie ważne jak powietrze – pisze Małgorzata Żebrowska, autorka powieści „Matczyzna”.
Granica to miejsce zatrzymania – bariera, która wyznacza koniec terytorium, granicę możliwości, kres znanego. Jednak gdy przyjrzymy się jej bliżej, staje się ona także przestrzenią transformacji: początkiem nowej drogi, progiem prowadzącym ku nieznanemu. Stany graniczne, choć pełne napięcia i niepewności, niosą w sobie ogromny potencjał zmiany i odkrycia. To właśnie na granicy – między bezpieczeństwem a ryzykiem, między przeszłością a przyszłością, między znanym a nieznanym – rodzą się tysiące inspiracji, marzenia i plany, rodzą się twórcza odwaga i zuchwałość. Na granicy starego i nowego, pomiędzy dwoma światami jest miejsce, gdzie nagle wszystko staje się możliwe, bo to, co stare, jeszcze nie obowiązuje, a nowe w pełni się nie ukształtowało.
Wiem coś o tym jako dziecko przełomu wieków. Urodziłam się w stanie wojennym, przez pierwsze lata podstawówki w klasie patronował nam orzeł bez korony, a starsi koledzy uczyli się obowiązkowo rosyjskiego. Pamiętam puste półki i długie kolejki, pamiętam prawdziwą biedę i transformacyjne bezrobocie. Nie tylko jednak czas, w którym dorastałam, był czasem “pomiędzy”, również miejsce – tuż przy granicy z obwodem kaliningradzkim, dziś zwanym królewieckim. Gdzieś daleko była Warszawa, miasto bardziej z legend niż prawdziwe, w moim “tu i teraz” liczyło się przejście graniczne Gronowo Górne i przemyt, dzięki któremu wiele rodzin mogło liczyć na codzienny chleb. Mieszkając tuż przy granicy bardzo wcześnie zaczęłam odczuwać pragnienie wyjazdu – a to do Warszawy, “lepszego świata”, a to do Wspólnoty Niepodległych Państw – by zobaczyć coś innego, nieznanego i ekscytującego. Szybko też przekonałam się, że nie zawsze nieznane jest lepsze i że gdzie indziej może być dużo gorzej niż w moim malutkim miasteczku.
Stany graniczne, choć pełne napięcia i niepewności, niosą w sobie ogromny potencjał zmiany i odkrycia. To właśnie na granicy – między bezpieczeństwem a ryzykiem, między przeszłością a przyszłością, między znanym a nieznanym – rodzą się tysiące inspiracji, marzenia i plany, rodzą się twórcza odwaga i zuchwałość.
Jako prymuska, już w wieku dziesięciu lat pojechałam na zagraniczną wycieczkę szkolną i doznałam pierwszego kulturowego szoku, gdy przyjęto mnie pod gościnny dach jednego z domów w Zielonogradzku. Dość powiedzieć, że do tej pory pamiętam dyskomfort używania tamtejszego papieru toaletowego, bardziej przypominającego w strukturze ten ścierny, i podejrzewam, że staruszka, będąca mamą dziewczynki z wymiany polsko-rosyjskiej prawdopodobnie była młodsza niż ja obecnie.
Ta pierwsza przygoda z zagranicą nie zniechęciła mnie. Przeciwnie – zrozumiałam, że świat nie kończy się na Polsce i na moim małym mieście. Że gdzie indziej są ludzie, których światopogląd może być zupełnie różny od mojego. To truizm, rzecz jasna, ale w przypadku dziecka lat osiemdziesiątych, które nie było w stanie wyjechać gdzieś dalej ze względów finansowych, jednak ważne odkrycie.
Granice mojego poznania poszerzały się, a wraz z nimi granice mojego umysłu. Nauczyłam się angielskiego, przyswajałam podstawy innych języków i wciąż podsycałam apetyt na więcej.
Od tamtej pory robiłam wszystko, by podróżować – palcem po mapie lub korzystając z rodzinnych znajomości, startując w przeróżnych konkursach, a nawet uczestnicząc w oazach, dzięki którym niskim kosztem zwiedziłam trzy europejskie stolice. Granice mojego poznania poszerzały się, a wraz z nimi granice mojego umysłu. Nauczyłam się angielskiego, przyswajałam podstawy innych języków i wciąż podsycałam apetyt na więcej.
Po wielu latach i pomieszkiwaniu w innych krajach zdecydowałam się na koleją rewolucję, fundując sobie i rodzinie, nomen omen, przeżycia graniczne – ze stolicy Polski przeprowadziliśmy się do niewielkiego miasta w Hiszpanii, tuż przy granicy z Afryką – Vejer de la Frontera. Znamienne, że to pueblo blanco granicę ma nawet w nazwie. Jakby moja podświadomość szukała miejsca granicznego, lgnęła do niego. Południowa granica Unii oczywiście różni się od tej północnej, choć wiele problemów pozostaje podobnych – kryzys uchodźczy, potrzeba wzmocnionej ochrony militarnej, kulturowa mieszanka, która może z czasem stać się wybuchową – lecz dla mnie, osoby, której najwcześniejsze doświadczenia tak bardzo związane są z byciem na granicy, to naturalne miejsce rozwoju. Czuję się tu bardziej w domu niż było to kiedykolwiek możliwe w Warszawie, nie tylko ze względu na rozmiar mojego miasteczka (jest tak małe, że nie ma tu świateł drogowych), lecz również na jego położenie.
Kiedy nic nam już nie zostaje oprócz pewnej liczby oddechów, możemy zacząć siebie budować od nowa, często osiągając spektakularne efekty. Możemy wzrastać do prawdziwej, prawdziwego siebie, co stanowi, według Junga, ogromny przywilej.
Jednak granice terytorialne to tylko jedne z możliwych granic. Dużo bardziej inspirujące i twórcze bywa przekraczanie granic własnego umysłu i własnej wytrzymałości. Choć nie jest to coś, czego życzyłabym innym, bo często wiąże się z cierpieniem, strachem o życie, poważną chorobą lub inną życiową tragedią, wiem z własnego doświadczenia, doświadczeń znajomych czy też z literatury, że przeżycia graniczne bardzo często stają się punktem zwrotnym w naszym życiu. Gdy tracimy wszystko lub prawie wszystko, znajdujemy się w miejscu, które w naszym rozumieniu jest prawdziwym dnem, okazuje się to dla nas okazją do głębokiej transformacji, do życia z większą świadomością tego, co dla nas istotne. Doświadczają tego osoby po chorobach nowotworowych, wychodzące z uzależnień, po stracie i żałobie. To sięgnięcie dna bywa punktem zwrotnym. Kiedy nic nam już nie zostaje oprócz pewnej liczby oddechów, możemy zacząć siebie budować od nowa, często osiągając spektakularne efekty. Możemy wzrastać do prawdziwej, prawdziwego siebie, co stanowi, według Junga, ogromny przywilej.
Przestrzeń liminalna, przestrzeń pomiędzy starym a nowym, dwiema tożsamościami czy też kulturami to również niezwykle inspirujące miejsce. Czuję, że jest mi pisane i moszczę się w nim z poczuciem przynależności właśnie do “Pomiędzy”. Jako Polka mieszkająca w Hiszpanii, wychowana w polskiej kulturze i wciąż mocno z nią związana, nigdy nie będę w stu procentach zasymilowana. Z kolei jako hiszpańska rezydentka z upływem lat będę zapewne coraz mniej związana z bieżącymi sprawami w Polsce, być może będzie mi trudniej je z czasem rozumieć. Jako była katoliczka nie jestem do końca ateistką, bo przesiąkłam kulturą polskiego Kościoła, a jako ateistka nie do końca mam prawo krytykować osoby pozostające w tej instytucji. Jako pisarka z doskoku nie do końca odczuwam przynależność do tzw. pola literackiego, a jako menedżerka w środowisku anglojęzycznym, pracująca zdalnie, nie jestem w stanie utożsamiać się z firmą, która mnie zatrudnia. Wciąż pomiędzy, wciąż na zewnątrz struktur i przestrzeni – miejsce, które nazywam domem mam tam, gdzie są moi bliscy. I nieważne czy jest to miejsce fizyczne, czy też wirtualne, zamknięte w murach czy przestrzeni Facebooka. Dzięki byciu pomiędzy mam przywilej krytycznej obserwacji, poczucie bycia w bliskości z samą sobą i wyboru, do kogo i do czego aktualnie mi najbliżej. To bardzo cenne w świecie, gdzie definiują nas podziały, sympatie i antypatie polityczne, przynależność narodowa, klasowa i ekonomiczna. Bycie w “Pomiędzy” daje mi poczucie wolności, które jest dla mnie ważne jak powietrze.
Wiem, że wielu z nas broni się przed byciem na granicy – że ta przestrzeń przypomina czasem grzęzawisko czy ruchome piaski. Często powtarzamy, że lepsze jest wrogiem dobrego, że lepszy diabeł znany niż nieznany. Boimy się porzucać coś, co budowaliśmy latami, nawet jeśli nam nie służy. Nie chcemy zmian, bo wiążą się z ryzykiem. Zaczynanie od nowa to zawsze olbrzymi wysiłek. Jednak granice są to po to, by je przekraczać, a każda podróż – czy to w głąb siebie, palcem po mapie, czy też dookoła świata – to kolejne stronice w naszej księdze wiedzy o świecie, ludziach i samych sobie.

