wywiad

Leszek Herman: Skarb to pretekst. Najistotniejsze i najciekawsze są relacje między ludźmi | Rozmawia Przemysław Poznański

W tradycyjnym kryminale motorem napędowym jest zbrodnia, u mnie jest nim skarb, który zresztą często schodzi na plan dalszy, a czasem wręcz okazuje się tylko legendą. Chciałem, żeby był to pretekst do opowiedzenia o relacjach między ludźmi. One są w opowieści najistotniejsze i najciekawsze – mówi Leszek Herman, pisarz, autor powieści „Bursztynowa”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Leszek Herman z wykształcenia architekt, od 1997 projektant i współwłaściciel szczecińskiej Pracowni Projektowej Konserwacji Zabytków. Pisarz, autor powieści „Sedinum. Wiadomość z podziemi”, „Latarnia umarłych”, „Biblia diabła”, „Sieci widma”, „Zbawiciel”, „Krzyż pański”, „Szachownica” i „Galeon”. „Bursztynowa” to jego najnowsza powieść. Fot. Kaśka Jankiewicz (Agencja Negatywna) i Mila Łapko

Przemysław Poznański: „Bursztynowa” to awanturnicza opowieść, która z jednej strony stanowi samodzielną całość, z drugiej – zakotwiczona jest w innych pana książkach. Odwołuje się pan w niej choćby do powieści „Krzyż pański” i „Zbawiciel”. Nawet główny bohater książki, Johann Carley, też został przez pana wzięty z wcześniejszych książek, gdzie był postacią z dalszego planu. A pojawia się przecież także dobrze nam znany Igor Fleming. Stworzył pan zatem uniwersum, z którego podbiera postaci wedle ich predyspozycji pozwalających pociągnąć kolejną historię. Czym pan się kieruje przy tym wyborze?

Leszek Herman: Świetnie pan to ujął. Dokładnie tak jest: już po pierwszej i drugiej książce miałem stworzonych tylu bohaterów, że nie dałoby się ich wszystkich naraz używać w kolejnych. Byłoby to w każdym razie trudne. Wtedy wpadłem na pomysł, że mogę brać jednego czy dwóch według tego, czy pasują do konkretnej opowieści. W pierwszej książce [„Sedinum. Wiadomość z podziemi” – red.] pojawia się i Johann, i dziennikarka Paulina, i Igor, ale każde z nich reprezentuje inne środowisko. Paulina, także z racji swojego zawodu, pasuje mi świetnie do książek współczesnych, bardziej sensacyjnych niż przygodowych, wręcz thrillerów, a Igor jest z kolei idealnym bohaterem opowieści o historycznych tajemnicach w stylu Dana Browna. To jest bardzo wygodne rozwiązanie, bo dzięki istnieniu takiego uniwersum nie muszę za każdym razem wymyślać nowej postaci, a przede wszystkim odrębnego świata, w którym taki bohater funkcjonuje. Używam tego, co już mam i znam, a co odpowiada fabule.

Nie kusiło pana jednak, żeby tworzyć cykl w rozumieniu klasycznym: z jednym bohaterem i kolejnymi przygodami, które przeżywa?

– Myślę, że gdybym napisał te moje dziewięć książek z jednym i tym samym głównym bohaterem, to stałoby się to trochę męczące – dla czytelników i dla mnie. Ważne jest dla mnie niezmiennie, by podczas pisania dobrze się bawić. Wierzę, że dzięki temu dobrze bawią się też czytelnicy. Nie chcę, by była to praca wymuszona. Z tego samego powodu mam z tyłu głowy myśl, by każda kolejna książka, choć utrzymana w tym samym gatunku awanturniczym, miała inną budowę. „Sieci widma” odwoływały się do motywu „zamkniętego pokoju” rodem z powieści Agathy Christie: bohaterowie są zamknięci w jednym miejscu i to tam rozgrywa się intryga. „Sedinum” nawiązywało wprost do książek Dana Browna i zawsze o tym otwarcie mówiłem. „Krzyż pański” był opowieścią rodzinną, trochę nawet sagą, rozgrywającą się na przestrzeni lat. W „Szachownicy” pojawia się drugi plan, który wygląda jak wzięty z powieści Jane Austin, co wymagało sporego reasarchu. Za każdym razem szukam takiego sposobu na opowiedzenie podobnej gatunkowo historii, by była inna. Zmiana bohatera też temu służy.

Wróćmy zatem do „Bursztynowej” i do Johanna…

– Czytelnicy wielokrotnie dawali mi znać, że bardzo lubią jego mamę, Irene, ale i on sam ich zdaniem zasługiwał na opowieść, w której pojawi się na pierwszym planie. I proszę, oto jest. Nie stało się tak jednak przypadkiem – dzięki niemu mogłem umieścić sporą część akcji tej powieści w Anglii, co koresponduje z obecnym w książce wątkiem historycznym.

Ważne jest dla mnie niezmiennie, by podczas pisania dobrze się bawić. Wierzę, że dzięki temu dobrze bawią się też czytelnicy. Nie chcę, by była to praca wymuszona. Z tego samego powodu mam z tyłu głowy myśl, by każda kolejna książka, choć utrzymana w tym samym gatunku awanturniczym, miała inną budowę.

Powieść rozpoczyna się od wydarzeń na „odludnej wyspie”, czyli wyspie Uznam. Rzecz rozgrywa się w XVII wieku i jest inspirowana powieścią Wilhelma Meinholda, „Maria Schweidler, die Bernsteinhexe”.

– Postanowiłem wziąć na warsztat powieść Meinholda, ale opowiedzieć ją trochę inaczej, gdzie indziej rozłożyć akcenty. Trzymałem się struktury oryginału, zachowując zwroty akcji czy miejsca, w których ta opowieść się rozgrywa, ale jednocześnie opowiedziałem ją innym językiem i trochę po swojemu. Książka Meinholda operuje prostym podziałem na czarne i białe, co dotyczy też bohaterów – są albo idealni, albo kompletnie zepsuci. Namieszałem w tym trochę, robiąc z jednej z bohaterek, w oryginale jednoznacznie negatywnej, namalowanej przy tym grubą krechą, kogoś, kto nawet jeśli czyni zło, to ma wiele na swoje usprawiedliwienie, i ostatecznie okazuje się raczej postacią pozytywną.

Ale skąd w ogóle pomysł, by po tę powieść sięgnąć?

– Powieść Meinholda znam od dawna, ale dotąd nie miałem pomysłu na jej wykorzystanie. A chciałem bardzo, bo to bardzo ciekawa rzecz. Powstała w XIX wieku, ale napisana została w manierze dolnoniemieckiego języka z XVII wieku. Jeśli jednak z niej to wyjąć, i odrzucić też ciągłe odwoływanie się do religii, to okazuje się, że to nadspodziewanie fajny thriller, który ma kapitalną konstrukcję, zwroty akcji, świetnie skonstruowanych bohaterów. A przecież do tego dochodzi jeszcze kapitalna tajemnica, jaką owiana była ta książka. Meinhold zastosował bowiem bardzo nowoczesny jak na połowę XIX wieku sposób jej rozreklamowania: po odrzuceniu książki przez kilku wydawców, kolejnego z nich okłamał, twierdząc, że jest to opowieść prawdziwa, napisana przez niego na podstawie odnalezionych pamiętników pastora żyjącego dwa stulecia wcześniej. Wybuchła sensacja, książka była rozchwytywana – do tego stopnia, że dotarła do króla, a ten zażądał okazania oryginału. Wtedy prawda wyszła na jaw, ale książce to nie zaszkodziło. Zdążyła trafić do Anglii.

Leszek Herman, Bursztynowa, Wydawnictwo Muza, 9 października 2024, ISBN: 9788328732513

Tam spotkamy też Johanna. Nie tylko w Anglii, ale na angielskich salonach, a nawet w otoczeniu niektórych członków rodziny królewskiej.

– Obie książki Meinholda, bo także „Sidonia von Bork, die Klosterhexe”, były popularne w Anglii właśnie wśród arystokracji. Tę pierwszą na angielski przetłumaczyła dama z wyższych sfer – Lucie Lady Duff-Gordon. Była to ulubiona książka Oscara Wilde’a. Wielbił ją do tego stopnia, że jego matka przetłumaczyła dla niego „Sidonię”. Książki trafiły na dobry czas – to był okres fascynacji literaturą gotycka, ale także tajemnicami Egiptu. Popularne było wszystko, co miało w sobie tajemnicę. A że Johan Carley jest arystokratą, synem lorda Carleya, to nie mogłem sobie wymarzyć nikogo lepszego, kto wprowadziłby nas do świata arystokracji we współczesnej warstwie powieści. Oczywiście sam manewr z dworem królewskim to raczej żart, takie mrugnięcie okiem w stronę czytelnika. Zresztą moja poprzednia książka [„Galeon” – red.] była rodzajem powieści miejskiej, paszkwilem na lokalne układy. Tu chciałem się od tego oderwać i zaprowadzić czytelników gdzieś, gdzie znajdą odskocznię od codzienności, a dwór królewski wydał mi się do tego dobrą scenerią, współgrającą przy okazji z tą bajką z XVII wieku. Poza tym dla mnie fantastyczną przygodą jest robienie researchu, szukanie tych wszystkich informacji – naprawdę doskonale się bawiłem wyszukując dane na temat brytyjskiego dworu królewskiego, czy gry w polo. Co prawda znam zasady polo, ale musiałem się dowiedzieć jak to wygląda w tym najbardziej klasycznym, angielskim anturażu.

Na najbardziej podstawowym poziomie „Bursztynowa” to opowieść o poszukiwaniu skarbu, nawet jeśli ów skarb rozumiany jest tu na wiele sposobów. Wszyscy bohaterowie zaangażowani są w szukanie artefaktów, mają nawet firmę eksploracyjną, której zadaniem jest szukanie zatopionych wraków, choć na co dzień zajmuje się głównie mapowaniem dna morskiego dla firm stawiających maszty wiatrowe. Skąd wzięło się pana zainteresowanie taką tematyką?

– W przypadku tradycyjnych kryminałów motorem napędowym jest zbrodnia, która często okazuje się być pretekstem – jak choćby w przypadku skandynawskich opowieści – dla pokazania czegoś więcej, całego tła obyczajowego, problemów społecznych. U mnie tym motorem napędowym jest skarb, który zresztą często schodzi na plan dalszy, a czasem wręcz okazuje się tylko legendą. Wymyśliłem sobie na początku, że będę pisał opowieści przygodowe, w których będzie się „czegoś” poszukiwać. Ale chciałem też, żeby był to pretekst do opowiedzenia o relacjach między ludźmi. One są w opowieści najistotniejsze i najciekawsze. Taka jest relacja między Johannem a matką. Albo relacja Igora z byłą żoną, prawdziwą sekutnicą. Lubię stawiać bohaterów w takich sytuacjach, bo to też pisarskie wyzwanie. Uwielbiam konstruować dialogi, w których dochodzi do starcia ludzi inteligentnie złośliwych, takich, którzy potrafią być wbić szpilkę, ale jednocześnie nie poranić dotkliwie.

Dla mnie robienie researchu, szukanie tych wszystkich informacji, jest fantastyczną przygodą – naprawdę doskonale się bawiłem wyszukując dane na temat brytyjskiego dworu królewskiego, czy gry w polo. Co prawda znam zasady polo, ale musiałem się dowiedzieć jak to wygląda w tym najbardziej klasycznym, angielskim anturażu.

W obu warstwach – historycznej i współczesnej – „Bursztynowa” to dla mnie przede wszystkim opowieść o reputacji, o dobrym imieniu, które łatwo utracić – także wskutek pomówień – i jednocześnie bardzo trudno je odzyskać. Mam na myśli choćby wątek szantażu, jakiemu ulega Johann ze strony rosyjskiego oligarchy Sokołowa, który chce między innymi zagrozić reputacji ojca bohatera, szefa brytyjskiej parlamentarnej komisji do spraw wpływów rosyjskich. Okazuje się, że być może właśnie dobre imię to tak naprawdę największy skarb.

– Cieszę się, że pan o tym wspomniał. Tak miało być. Opowiadanie Meinholda to przecież historia polowania na czarownicę, procesu o czary wytoczonym niewinnej dziewczynie. Wystarczy plotka, złośliwe pomówienie, by spłonąć na stosie. Ale także Lisabeth, którą ja uczyniłem główną bohaterką wątku historycznego, cierpi z powodu pomówień, jest we wsi czarną owcą. Współcześnie narzędziem polowania na czarownice jest internet. Informacja, zdjęcie, niekoniecznie prawdziwe, w jednej chwili niszczy ludziom reputację. Chciałem to pokazać na przykładzie ojca Johanna, czy jego samego – mój bohater jest wszak dyrektorem kreatywnym londyńskiej agencji reklamowej, ma właśnie dopiąć kontrakt, i pomówienia to ostatnie, czego potrzebuje, jeśli nie chce stracić klientów. Ta paralela w obu warstwach czasowych była dla mnie ważna.

Siły pomówienia używa pan symbolicznie, zestawiając bursztyn i lyngurium. To to samo, ale bursztyn na dobrą „prasę”, lyngurium – złą.

– To prawda. Z bursztynu robi się ozdoby, gdy lyngurium przez długi czas było traktowane jak coś zupełnie innego, istniała przecież nawet definicja, że powstaje z zakopanego moczu rysia. Przynosi więc pecha i generalnie to narzędzie szatana.

Kiedy słyszymy „bursztyn” i „skarb”, myślimy „Bursztynowa Komnata”. Muszę o nią spytać, bo jakkolwiek by ona była czy nie była osadzona w pańskiej powieści, jest to artefakt, który rozpala wyobraźnię poszukiwaczy skarbów. Wspomina pan o kilku teoriach dotyczących jej losów.

– Powodem, dla którego Bursztynowa Komnata tak bardzo rozpala zmysły jest dobry PR, jaki wokół niej narósł. Istnieje teoria, że zadbali o to Rosjanie. Nagłośnienie kradzieży Bursztynowej Komnaty przez hitlerowców pozwoliło im pokazać się w roli ofiar, gdy tymczasem doskonale wiemy jak wiele kradzieży dzieł sztuki dokonali w Europie właśnie Rosjanie. Ich zbrodnie miały jednak zniknąć pod ogromem symbolu jakim była Komnata – zrabowana i pewnie zniszczona. Co do teorii dotyczących losów Bursztynowej Komnaty to nie sposób ich zliczyć, włącznie z tą, że została wywieziona na biegun północny, lub zatonęła na pokładzie MS Wilhelm Gustloff i spoczywa gdzieś na dnie Bałtyku. Znalazłem cytat i używam go w książce, że każdy, kto przechodzi w Niemczech na emeryturę, zaczyna w ramach zabijania wolnego czasu poszukiwać Bursztynowej Komnaty. Doskonale wiedziałem, że tytuł mojej książki skojarzy się z tym artefaktem, ale nie chciałem jednocześnie czynić go głównym „skarbem” do odnalezienia. Opowieści o poszukiwaniu Bursztynowej Komnaty są ograne, opowiedziane już po wielokroć na wiele różnych sposobów. Może dla kogoś, kto w temat zaczyna się dopiero wgryzać, jest on fascynujący, szczególnie gdy natknie się na teorie związane z miejscami w Polsce, na Mazurach, przez które Komnata mogła być wieziona, ale dla mnie to tak ograny temat, że trudno by mi było skonstruować odkrywczą opowieść opartą tylko na nim.

Wystarczy plotka, złośliwe pomówienie, by spłonąć na stosie. Tak jest wątku historycznym, tak jest i we współczesnym, gdzie narzędziem polowania na czarownice jest internet: informacja, zdjęcie, niekoniecznie prawdziwe, w jednej chwili niszczy ludziom reputację.

Jak zatem szuka pan oryginalnych, nieogranych tematów do powieści?

– Pomorze, na którym mieszkam, jest terenem obfitującym w mnóstwo fantastycznych historii, których nikt jeszcze nie opowiedział. W mojej drugiej pracy jestem architektem i konserwatorem zabytków. Dostaję na przykład zlecenie od prywatnego inwestora czy gminy na wykonanie projektu remontu zamku, kościoła czy dworu. Pracę zaczynam od researchu, muszę znaleźć stare zdjęcia obiektu, sięgnąć do archiwów, które w przypadku Szczecina, gdzie mieszkam, są często archiwami niemieckimi, pełnymi dokumentów pisanych gotykiem, które niemal rozsypują się w rękach. To już samo w sobie niesie tajemnicę. Robię też inwentaryzację obiektu, mierzę zamczysko, muszę wejść do każdego zakamarka i sprawdzić, co w nim jest. I nagle okazuje się, że cześć więźby dachowej jest wyraźnie starsza od pozostałej, bo ma inne opisy pozostawione przez rzemieślników, inne daty. Może się okazać, że jest to element więźby z innego, rozebranego już obiektu. Albo okazuje się, że lochy pod dworem są starsze niż sam dwór, bo mają inny układ i prawdopodobnie stał nad nimi pierwotnie inny budynek. Jako fachowiec jestem w stanie to stwierdzić i ocenić. A w ślad za tym pojawiają się pytania. Pojawiają się też fantastyczne historie ludzkie, które przy tej okazji znajduję. Wymieniony gdzieś w krótkiej notce oficer, który był właścicielem nieruchomości może się, po przejrzeniu innych dokumentów, okazać bohaterem licznych skandali. Poznając losy obiektu i jego byłych właścicieli ocieram się o wielką historię, o wojnę trzydziestoletnią czy II wojnę światową. Tak rodzi się opowieść, a tak naprawdę temat do dziesiątek opowieści, dziesiątek książek. Oczywiście to dopiero podstawa, bo musi być jeszcze coś, co wprawi wszystko w ruch, co połączy wątki i je poskleja.

Jest w „Bursztynowej” kapitalna scena na zamku w norweskim Jarlsbergu, w której bohaterowie dostają się na ekskluzywne przyjęcie, podczas którego – żeby nie zdradzić zbyt wiele – dochodzi do sensacyjnych wręcz wydarzeń, w których ważną rolę odgrywają tajne przejścia obok pokoi królewskich. To właśnie takie pomysły wpadają panu do głowy podczas inwentaryzacji obiektów?

– Tak, zawód bardzo pomaga mi w pisaniu takich scen. Lubię opierać się na tym, co znam, a moi czytelnicy to doceniają – często piszą do mnie, że zwiedzali opisane przeze mnie obiekty z książka w ręku i sprawdzali na własne oczy czy wszystko się zgadza. Dlatego zamek w Jarlsbergu został przeze mnie opisany tak, jak naprawdę wygląda. Przed napisaniem tych rozdziałów, o których pan mówi, przestudiowałem szczegółowo plan tego obiektu, dostępny w sieci, sprawdziłem opisy klatek schodowych, komnat królewskich, używanych od 400 lat przez rodzinę panującą w Norwegii. To wszystko jest faktem, bo zależało mi, żeby wrzucić moich bohaterów w przestrzeń, która jest prawdziwa, dzięki czemu i cała sytuacja wydaje się bardziej prawdopodobna.

Temat, bohaterowie i tajemnice, które przyjdzie im odkryć, to początek. Potem jeszcze trzeba napisać tak wielowątkową, pełną intryg powieść jak „Bursztynowa”. Jak pan to robi?

– Gdy zacząłem pisać pierwszą książkę, moim największym odkryciem i zaskoczeniem było to, że wcale nie różni się to mocno od projektowania budynku. Trzeba wysłuchać, czego chcą klienci, trzeba to rozrysować, przemyśleć konkretne rozwiązania, połączenia funkcjonalne, a przede wszystkim wiedzieć, jak to będzie wyglądało na koniec. Potem powstaje projekt techniczny i wizualizacja. Podobnie jest z książką: na początku jest pomysł, iskra, coś, co pociągnie akcję, potem ustalam, co muszę pokazać, żeby rozwinąć akcję. Mam też – już kiedy zaczynam pisać – wizję tego, jak chcę całość zakończyć, ostatnią scenę. Ponieważ jako architekt mam rozbudowaną wyobraźnię przestrzenną, to najpierw wyobrażam sobie sceny, a dopiero potem je opisuję. Nie posługuję się od razu językiem jako głównym narzędziem tworzenia. Plan, który tworzę nie jest za to szczególnie dokładny, raczej układa mi się to w trakcie pisania. Chyba że dotyczy to przebiegu zdarzeń w krótkim czasie. Na przykład „Sieci widma” rozgrywały w czasie jednej nocy, podczas której wydarza się morderstwo, ktoś wypada za burtę. Tam ważna była każda minuta, więc musiałem to bardzo dokładnie rozpisać, żeby mi się nie rozjechało, bo istotne było choćby, kto miał ile czasu na dojście z miejsca, gdzie przebywał, do innego miejsca.

„Bursztynowa” już w księgarniach, ale uniwersum czeka – ma pan pomysł, co z niego wyciągnie następnym razem?

– Zaskoczę pana. Mam ambitny plan, że w tym roku napiszę aż dwie książki. I na potrzeby pierwszej z nich wymyśliłem zupełnie nowe uniwersum z nowym światem przedstawionym i nowymi bohaterami, stworzonymi na potrzeby tej nowej serii. Ale zaraz potem wracam do mojego głównego uniwersum i zamierzam napisać kontynuację „Bursztynowej”.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej