felieton

Przebiegły | Felieton Dawida Kornagi | #przerwanysenkornagi

Wkrótce będę „świętował” jedenastą rocznicę, od kiedy regularnie biegam. Co prawda biegałem i wcześniej, przeważnie rano, nigdy jednak nie było to systematyczne, zorganizowane, konsekwentne. Były to raczej takie zrywy, których wielu czasem doświadcza – kilka tygodni oszołomienia, a potem odgrywanie Sasa i popuszczanie pasa. Dlatego tym bardziej pamiętam początek lipca 2010 roku, kiedy zawziąłem się, że jak teraz zacznę, to odpuszczę dopiero wtedy, kiedy będę musiał – pisze w swoim kwietniowym felietonie Dawid Kornaga.

Można powiedzieć, że podpisałem coś w rodzaju wyimaginowanego kontraktu z własnym organizmem: dopóty będziemy sobie biegać, dopóki odmówi on posłuszeństwa. A to przez chorobę, a to wypadek, a to aż mi się zemrze czy co tam jeszcze los bonusowo wymyśli…

Inspiracji było kilka, nie wykluczam. Słynny film „Samotność długodystansowca” wcale niekoniecznie, zwłaszcza że nie znoszę „starych” obrazów, męczą mnie okrutnie, marzę o remake’u tego dzieła. Bardziej na motywację, gwoli prawdy, działała klasyczna relacja Herodota o posłańcu Filippidesie, zwłaszcza że od lat interesuję się historią antyczną. Po przegranej przez perską armię bitwie pod Maratonem w 490 p.n.e., ta zaokrętowała się i popłynęła w kierunku Aten. Persowie wiedzieli, że wpadną do miasta praktycznie pozbawionego obrony. Grecy pędzili truchtem, w pełnym rynsztunku na ratunek miastu. Nie mieli jednak złudzeń, że uprzedzą Persów. Dlatego wysłali „maratończyka”, by ostrzegł obronę o rychłym ataku wrogich sił. Filippides dał radę, biegnąc pokonał ponad 40 kilometrów, powiadomił kogo trzeba i padł z wyczerpania.

Bieganie jest dla mnie jak pisanie powieści. Takiej z drabinką, obmyśloną trasą fabuły, atrakcjami po drodze, wreszcie zakończeniem, może z happy endem, może nie.

Jak widać, bieganie może być niebezpieczne. Nie można się do niego zrywać ot tak sobie. Wymaga przygotowania, treningu, wytrwałości. Swoistej przebiegłości w planowaniu. Świadomy własnych słabości, wstępując w związek małżeński z bieganiem, byłem przygotowany na długie poznawanie się. Nie sztuką bowiem jest zacząć czy skończyć (jak powiada klasyk), tylko kontynuować. To jest najtrudniejsze. Po tej solidnie odrobionej dekadzie potwierdzam ten aspekt z tym większym przekonaniem.

Bieganie jest dla mnie jak pisanie powieści. Takiej z drabinką, obmyśloną trasą fabuły, atrakcjami po drodze, wreszcie zakończeniem, może z happy endem, może nie, ale zawsze świadomością, że dotarło się do celu po świadomie wybranym, w tym przypadku pokonanym odcinku.

Wielu, zaczynając przygodę z bieganiem, zaczyna niepotrzebnie walczyć o rekordy. Odkąd mogę, też odpalam aplikację, by zapisywała w chmurze historię zaliczonych biegów, statystyki – miłe to, szczególnie podsumowanie liczby kilometrów, które nagle przechodzą w solidne, ba, imponujące tysiące. Na szczęście dla mnie, nie chciałem podnosić poprzeczki coraz wyżej. Uznałem, że owszem, od czasu do czasu pobiegnę w jakimś znanym biegu z medalami, bo czemu nie, ale najważniejsze jest po prostu samo bieganie. Nie na wynik, tylko na stałość.

Czy pada, czy grzmi, czy inna apokalipsa, nie ma zmiłuj, wychodzę, biegam. Potem, niczym rzymska armia, udaję się na zimowe leża.

Zaniechałem „bicia” rekordów, że od tego miesiąca zwiększę dystans do pokonania. Stopniowo nauczyłem się, że najlepiej biegać mniej więcej tyle samo, pod jednym warunkiem: konsekwentnie. Żadnego ułańskiego „hura” i wio, koniki. Mniej więcej od początku marca, trzy razy w tygodniu, do mniej więcej końca listopada. Czy pada, czy grzmi, czy inna apokalipsa, nie ma zmiłuj, wychodzę, biegam. Potem, niczym rzymska armia, udaję się na zimowe leża.

Nudna ta powtarzalność, prawda? Miałem więc parę buntowniczych zrywów podczas zimy, gnałem na siłownię i przebiegałem zazwyczaj do sześciu kilometrów na elektrycznej bieżni. Na początku z entuzjazmem, że oto chłód na zewnątrz, a ja tu śmigam, spalam kalorie, podtrzymuję kondycję, taki ze mnie może już nie młody junak, za to zawzięty zakapior i chwała mi. Po kilku miesiącach dała znać o sobie monotonia biegania na bieżni. Nie pomogła superszybka i dobitna muzyka w słuchawkach (której zawsze słucham podczas biegu), nie pomogły podcasty, nawet próba obejrzenia jakiegoś filmu. Okazałem się biegaczem, że tak się wyrażę, konserwatywnym. Takim, co woli prawdziwy las, a nie jego odgłos w słuchawkach. Gwar miasta, tory przeszkód, spaliny, smog, wszystko, co realne na drodze.

Biegam, więc myślę. O nowych pomysłach. Fabułach. Podsumowaniach. O sobie. O innych.

Przez ten czas zdarzyło się parę przerw. Jedna poważna kondycja z własnej winy, kiedy ubzdurałam sobie, że nie będę robił żadnej przerwy, nie boję się mrozu. Mój organizm był odmiennego zdania. Dostałem takiego zapalenia, że po raz pierwszy w życiu ledwo chodziłem, przypominając przez dwa miesiące wykończonego staruszka, któremu nie pomoże nawet chodzik. Nie tak dawno, w sierpniu minionego roku, nieźle się rozchorowałem, płuca zdawały się przygniecione niewidzialną nogą słonia. Dopiero niedawno poczułem, że niczym żagle powróciły do dawnej kondycji. Biegam, bo lubię? Bo muszę? Chcę? Nie wiem. To raczej atawistyczna potrzeba, pewna forma nieprawdopodobnie intensywnego eskapizmu dosłownie i w przenośni, kiedy pozostaję sam z własnym ciałem, myślami, zdany tylko i wyłącznie na swoją zawziętość, by biegać. Biegać bez pretensji do rekordów, za to regularnie jak w jakimś grafiku czyszczenia toalet w markowym fast-foodzie. Biegam, więc myślę. O nowych pomysłach. Fabułach. Podsumowaniach. O sobie. O innych. Ten proces myślenia ma naprawdę szybki montaż. Hormony tryskają razem z potem. Nogi łączą się w chórki z szarymi komórkami. Serce wkleja się w rytm, podkreślam, bardzo mocnej, szybkiej muzyki. Wyobraźnia szybuje. Biegnie.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: