Site icon Zupełnie Inna Opowieść

Jacek Melchior: Próbuję pisać takie książki, jakich nie ma i jakie sam bym chętnie przeczytał | 10 pytań na nasze 10-lecie

Zupełnie Inna Opowieść ma już ponad 10 lat. Czy dekada to dużo, czy mało? Pytamy o to ludzi literatury. Pytamy ich też, jak im upłynęła ostatnie 10 lat, co stworzyli, czym się zachwycili, co planują. Dziś Jacek Melchior.

Jacek Melchior, fot. Paweł Loroch

– Próbuję pisać takie książki, jakich nie ma i jakie sam bym chętnie przeczytał. A od cudzych książek oczekuję niewyważania drzwi otwartych. Dlatego unikam powieści pisanych przez autorów poniżej, powiedzmy, 35-tki, bo ja już ich Ameryki poodkrywałem, choć zdarzają się wyjątki, ale wiadomo, co potwierdzają – mówi Jacek Melchior, pisarz, przez wiele lat popularyzował muzykę klasyczną i jazz w programach radiowych, pisał o kulturze dla kilku tygodników. Autor powieści: „XXL. Tragikomedia erotyczna”, „Regina zamyka drzwi”, „Kochanek”, „Dojrzałą poznam”, „Nieludzko piękna jesień”, „Filmiłości”, „Koniec zabawy”. Pierwszą recenzję jego książki opublikowaliśmy 31 grudnia 2020 roku. 

Zupełnie Inna Opowieść: 10 lat – dużo? Mało?

Jacek Melchior: Ha, jak na „utrzymanie się” we współczesnych mediach to dużo, ale bohaterowie mojej ostatniej powieści, mający po 50-tce, która im minęła jak z bicza, przeliczają historię na te półwiecza i okazuje się, że Napoleon pod Waterloo bił się niemal przedwczoraj…

Debiutował pan jako pisarz w 2012 roku. Z czym kojarzy się panu ten czas? Czy dostrzega pan istotne kamienie milowe w swojej twórczości?

– Debiutowałem późno i tamten czas kojarzy mi się z poczuciem, że późno, co po trzynastu latach mnie rozśmiesza, bo skoro wtedy było późno, to teraz jest jak? „Kamieniem” było debiutanckie „XXL”, bo przyniosło mi rozgłos, a mam na myśli „marketing szeptany”, bo ten medialny zdarzył mi się dopiero ostatnio, przy „Końcu zabawy”, z okienkiem w „Polityce” włącznie i oczywiście to miłe. Literacko każda książka była dla mnie kamieniem-wyzwaniem, bo formalnie staram się nie wchodzić drugi raz do tej samej rzeki.

Czy gdyby mógł pan cofnąć czas, zmieniłby pan coś w swoich pisarskich decyzjach?

– Nie, chyba nie, choć mam taki problem, że kilka książek napisałem jakby dla innej publiczności i mam kilka „kółek” fanów, które rzadko się nakładają. Ktoś, kto porechotał przy „XXL”, mógł nie chcieć brnąć w „Reginę”, a zwolennicy „Kochanka” szukali w następnej kolejnego melodramatu, rozciągniętego na lata, a nie znajdując, odchodzili…

„Kamieniem milowym” było debiutanckie „XXL”, bo przyniosło mi rozgłos, a mam na myśli „marketing szeptany”, bo ten medialny zdarzył mi się dopiero ostatnio, przy „Końcu zabawy”, z okienkiem w „Polityce” włącznie i oczywiście to miłe. Literacko każda książka była dla mnie kamieniem-wyzwaniem, bo formalnie staram się nie wchodzić drugi raz do tej samej rzeki.

Jak zaczął pan pisać? I dlaczego?

– Myślałem, że raczej zostanę poetą, z tomikiem raz na parę lat. A potem zawstydziłem się dziennikarstwa, które wydało mi się zbyt doraźne, upraszczające… Może w ogóle dziennikarz to zawód dla młodych, a może jednak tkwiłem nie w swojej skórze? Tak czy owak, podjąłem próbę zrobienia czegoś wedle własnych zasad.

Prosimy o dokończenie: Gdybym jednak nie został pisarzem, to byłbym…

– Zostałbym w radiu, jazz i klasyka to wciąż moje wielkie pasje!

Przeczytaj także:

Uważa pan swoje pisarskie marzenie za spełnione? Jeśli tak, to dlaczego. Jeśli nie, to co jest tym marzeniem?

– „Koniec zabawy” w zaskakujący sposób puścił do mnie perskie oko: czułeś się niedoceniony? To proszę, masz trochę splendoru i gwiazdek! Tyle niech ci starczy, jest lepiej niż było, a nagrody to ruletka, za dużo książek, nawet tych naprawdę wartych czasu, za dużo kapituł, więc straciły na znaczeniu…

Czego oczekuje pan od literatury? Swojej literatury i literatury w ogóle.

– Próbuję pisać takie książki, jakich nie ma i jakie sam bym chętnie przeczytał. A od cudzych? Niewyważania drzwi otwartych, dlatego unikam powieści pisanych przez autorów poniżej, powiedzmy, 35-tki, bo ja już ich Ameryki poodkrywałem, choć zdarzają się wyjątki, ale wiadomo, co potwierdzają.

„Koniec zabawy” w zaskakujący sposób puścił do mnie perskie oko: czułeś się niedoceniony? To proszę, masz trochę splendoru i gwiazdek! Tyle niech ci starczy, jest lepiej niż było, a nagrody to ruletka, za dużo książek, nawet tych naprawdę wartych czasu, za dużo kapituł, więc straciły na znaczeniu…

Jakie książki (albo inne dzieła kultury) ukształtowały pana – jako człowieka, jako pisarza? (ulubione książki, ulubieni pisarze). Ma pan ulubionego bohatera literackiego? Swojego? Cudzego?

– Niemiecka klasyka, od Manna i Musila po Bernharda, nie zawiodła mnie, choć nie weryfikuję tego i może to lepiej? Bohaterów nie pamiętam, osad tylko został. Ciekawe jest natomiast dla mnie jak to, co akurat wchłaniam, przekłada się na to, co piszę. Kino jest u mnie wszechobecne, a w „Końcu zabawy” „ukradłem” triki narracyjne, dostrzeżone w „Kochance Wittgensteina” Marksona, które wydały mi się bardzo nośne.

Kiedy nie piszę, to…

– Słucham, czytam, oglądam, wiadomo, chłonę, choć dwa razy wolniej, więc i mniej, niż kiedyś.

Nad czym pan teraz pracuje?

– „Koniec zabawy” nie okazał się końcem, sam się zdziwiłem. Będzie trzecioosobowo i niewielkich rozmiarów – czyli tak jak powinno się pisać lata po „klasycznym” debiucie w pierwszej osobie i na 500 bałwochwalczych stron! Imponują mi małe powieści Kundery, jakie pisał w drugiej połowie życia, miał rację: starczy! I będzie o czymś, o czym nie pisze się książek. To znaczy pisze się, ale nie tak, bo przecież wszystko już było i tylko forma i język mogą nas uratować.

Exit mobile version