Miasteczko Beg-Meil, Bretania, Francja. To nie tutaj toczy się akcja „Księżyca nad Bretanią”. Tutaj jestem ja. Popijam lokalny cydr, zagryzam słodko-słonym bretońskim ciasteczkiem, a na kolanach mam książkę. Tak, zaczyna się niestety mało obiecująco.
Przeczytaj też: ZWIEDZAJ, KOCHAJ SIĘ, TAŃCZ. Anna B. Kann, Do zobaczenia w Barcelonie
Tu chyba jednak autorka – tak jak i ja – łyknęła drugi haust cydru. I dzięki temu nie musimy się obawiać typowych chwytów z romansideł, a i pogoń za ukochanym na lotnisko też nam nie grozi. Nie chcę zdradzać fabuły, bo sama nie lubię gdy recenzent to robi czytelnikowi. Zapewniam jednak, że bohaterka nie schudnie, nie ukarze męża i nie stanie się miliarderką. Autorka nie ustrzegła się kilku banałów, ale bardzo zręcznie w tę historię włożyła odrobinę bretońskiej duszy: ostro brzmiące słowa języka bretońskiego, nieco magii Armoryki i mitu arturiańskiego, przyjazny chłód mieszkańców, pyszne przepisy tubylczej kuchni, opisy oceanicznej przyrody i wiarę w to, że można być sobą bez wyrównywania rachunków z przeszłości a jedynie ciesząc się życiem, chwilą, nawet mając 60 czy 70 lat.
Przeczytaj też: SAGA GRECKA, SAGA POLSKA. Hanna Cygler, Grecka mozaika
Bretania oczarowała i skradła moje serce, książka nie. Nie żałuję jednak tej lektury. To dobra pozycja na wakacje, zwłaszcza te w Bretanii. Moje zaczerpnięte z książki „kenavo” (do widzenia w jęz. bretońskim) wywołało uśmiech na niejednej twarzy tubylca, a okładka z charakterystycznym widokiem zachęciła Bretończyków do zdradzenia mi kilku dodatkowych informacji o miejscu w którym jestem np. tej, że ten ostatni łyk cydru wypijam na końcu świata…
Nina George, Księżyc nad Bretanią (Die Mondspielerin)
Tłumaczenie Daria Kuczyńska-Szymala
Wydawnictwo Otwarte 2015

