felieton

#przerwanysenkornagi | Radek z Radomia

Co tym razem przerwało nie tyle mój, ile Radka z Radomia sen? To się zaraz okaże jak w scenariuszu, gdzie rządzi przemyślana dramaturgia, trzymająca w napięciu do samego końca…

Dawid Kornaga, fot. Zuzanna Szamocka

W 2019 Radek z Radomia dwa razy oddał swój cenny głos na reprezentantów „dobrej zmiany”. Autentycznie wierzył w ich zapewnienia, że Polska będzie wielkim krajem, jak tylko pokaże „wała” co niektórym dręczycielom z Europy. To znaczy, godnie wstanie z kolan, konkretnie z pozycji pieska, którego to pieska każdy do woli zachodził dotąd od tyłu. Od teraz już nie! Gdyż nastał taki czas, zdawali się wszyscy dokoła powiadać. Taki czas, w którym możesz… zrobić kupę na środku galerii handlowej, po czym krzyknąć: „I co mi zrobicie? No co?” Jasne, przybiegną ochroniarze, najwyżej pogonią, po tyłku skopią, lecz na pewno nie zmuszą do usunięcia ostatecznego efektu metabolizmu. Ponieważ się uprzesz jak zawieszony pecet, bez opcji resetu. Będziesz się wierzgać, pluć, o ratunek wołać, uciekać na wszystkie strony. A kupa jak leży, tak leży, choć twoja, nie masz już z nią nic wspólnego w sensie odpowiedzialności za konieczność jej usunięcia. Ktoś to nagra, zrelacjonuje na Instagramie, załaduje na Twitterze i YouTubie, zmultiplikuje na Facebooku. No ale co z tego? Ty, postrzegając się jako mistrz ordynarnej, a jednocześnie suwerennej defekacji jedynie wzruszysz ramionami, co więcej, powiesz, „Ha, to powód do fejmu!” Jesteś influencerem nietypowych akcji. Taki czas, czas chamów na wybiegu. Rządzisz jako jeden z nich. Oczywiście nie myślisz o sobie w takich kategoriach. Jesteś sublimacją samą w sobie, jajeczkiem wielkanocnym, świeżo poświęconym przez dobrotliwego księdza. Na dodatek ci na górze ciągle cię chwalą, fundują zapomogi na koszt podatnika, pieszczą dobranockami o nieustannym szczęściu pod ich egidą. Nawet Radek z Radomia, sceptyczny jak wielu innych, dał się uwieść nowej części baśni z tysiąca i jednej nocy, tym razem rozgrywających się w krainie zwanej Polandja.

Zatem raz Radek z Radomia zagłosował na „dobrą zmianę” podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego. Nie reprezentował bynajmniej bezwstydu powyższego defekatora wartości. Natomiast był szczerze przekonany, że suwerenność i prężenie muskułów dodają każdemu krajowi międzynarodowej rangi, czynią go bardziej poważanym i szanowanym. A wraz z nim to poważanie i szanowanie przechodzi na jego obywateli. Kiedyś Radek z Radomia, jeszcze jako dwudziestokilkulatek, latając często po Europie tanimi liniami, wstydził się swojego paszportu, swojej ojczyzny, ot, Poland, może Holland, tak go postrzegali. A teraz już nie ma takiej opcji, teraz jest tylko Poland, bo Poland pokazał, że można zhardzieć, pokazać, co znaczy, dumna nacja o ponadtysiącletniej historii, a nie jacyś tam, bez znaczenia, po prostu jacyś tam nieistotni obywatele nieistotnego państwa.

Drugi raz zrobił to na jesieni 2019, w czasie wyborów parlamentarnych w Polsce. Radek z Radomia znów zagłosował na „dobrą zmianę”, z tym samym zacięciem, konsekwentnym jak kłamstwo polityka, który obieca złote, a nawet diamentowe góry, byle zachować władzę i stanowiska. Opozycja była podzielona, syty elektorat, tuczony do kresu sił budżetowych przez „dobrą zmianę” dał jej kolejną kadencję.

Piewcy demokracji zawyli bezradni. Wielu zwątpiło w jej dogmatyczną konieczność, skoro byle chłystek ma tak samo ważny głos jak pełen erudycji pan profesor. Algorytmy praworządności nie uwzględniły, że demokracją można manipulować na różne innowacyjne sposoby, czyniąc ją posłuszną posługaczką w swojej autorytarnej kuchni.

Radek z Radomia, zwyczajny księgowy w piekarni Polski Chleb, był przekonany w stu dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, że czyni dobro. Miał zastrzeżenia, takie ogólne, gdzieś na kresach neuronów, że panie i panowie, których popiera niekoniecznie są czyści oraz niekoniecznie przynoszą zmianę na lepsze. Lecz kiedy sam patrzył na swoje dotychczasowe dokonania, te wszystkie zaawansowane, częściej naganne patenty na obniżanie kwoty wolnej od podatku, które pichcił na boku swoim klientom, a na co dzień etatowo w Polskim Chlebie, to w jakiś sposób rozumiał tamte persony z Olimpu władzy, że – jego, wyborcę oraz ich, wybieranych – coś ze sobą łączy, ogólny szwindel, gangsterka w wersji light, choć ostatecznie hard.

Ale jakoś żyć trzeba, a w tym kraju życie ciężkie jest.

Radek z Radomia spokojnie zamiatał te wątpliwości pod płachtę do głosowania i stawiał krzyżyk na wybranym kandydacie, byle „dobra zmiana” nadal trwała, a wszystkim będzie żyło się dobrze, dostatnio, amen.

I jakoś się żyło.

W 2020 rządy „dobrej zmiany”, po uzyskaniu wyborczej większości, zmieniły wreszcie znienawidzoną konstytucję, likwidując w nocy z piątku na sobotę trójpodział władzy. Zniesiono też możliwość referendów. Bo skoro przedstawiciele narodu zostali przezeń wybrani, to są jego głosem, są pośrednio, a nawet bezpośrednio narodem. Więc po co wydawać pieniądze na jakieś niedorzeczne, drenujące tylko budżet głosowania?

W 2021, w wyniku zderzenia nowego prawa Polski z europejskim prawodawstwem władze „dobrej zmiany” podjęły decyzję o wyprowadzeniu państwa ze wspólnoty europejskiej. Polexit przedstawiono jako dobrodziejstwo, które umocni naszą suwerenność jeszcze bardziej. Zmasowana kampania w mediach narodowych przechyliła sondaże po myśli włodarzy „dobrej zmiany”. Pierwsze, ostre sankcje europejskie przekonały niedowiarków, że Europa tak naprawdę działa na niekorzyść naszej ojczyzny, że nie ma sensu tkwić w zależności od niej, skoro rynki międzynarodowe ze Wschodu chętnie zastąpią te z Zachodu, inwestując w słabnącą gospodarkę.

W 2022 doszło do hiperinflacji, którą można porównać jedynie do tej wenezuelskiej za rządów dyktatora Maduro. Nie tylko ceny pieczywa poszybowały do góry. Radek z Radomia na szczęście nadal pracował w Polskim Chlebie, łatwo nie było, ale robił wszystko, by słupki się zgadzały pomimo ciągłych niedoborów żyta i pszenicy, wzrostu płac i odpływu pracowników.

W 2023, zgodnie z jedynie słuszną interpretacją nowej, lepszej konstytucji, anulowano wybory parlamentarne. Po co nadwyrężać PKB męczącymi, kosztownymi kampaniami, skoro obecna władza działa dobrze, rządzi w najlepsze i nie ma sensu zastępować jej jakimiś podejrzanymi typami z opozycji? Zresztą jakiej opozycji? Raczej jej resztkami, pozbawionymi wszelkich dotacji i dostępu do mediów, nawet tych cyfrowych dzięki specustawom antywichrzycielskim.

W 2024 zachorowała żona Radka z Radomia. Wykryto u niej raka krtani, którego tylko operacja w specjalistycznym szpitalu w Monachium mogła zlikwidować. Albo przynajmniej dać jeszcze kilka lat życia. Radek z Radomia zrobił wszystko, by zebrać odpowiednią sumę euro (niestety, po kursie 30 zł za 1 euro), wyprzedał cały majątek i zadłużył się u potencjalnych klientów, byle tylko polecieć z żoną na zabieg. Była dla niego całym światem, urodziła mu trójkę wspaniałych dzieci i zawsze wspierała, prowadząc dom i wychowując zakwitające potomstwo. Był jej to po ludzku winny.  

Kiedy przybyli na lotnisko i podali paszporty do odprawy, kontroler powiedział:

– Niestety, nie mogą państwo lecieć.

– Co pan mówi? Jutro mamy pierwsze badanie… – zaczął Radek z Radomia. Ale celnik przerwał mu stanowczo:

– Co z panem, informacji pan nie śledzi?

– No ja… Przez ostatnie problemy ze zdrowiem żony nie miałem sił na cokolwiek poza załatwianiem niezbędnych formalności… – przyznał ze skruchą Radek z Radomia.

– To się pan przy okazji załatwił – sarkazm kontrolera nie dawał możliwości dalszych wyjaśnień. – Już od dwóch tygodni obowiązuje rozporządzenie o anulowaniu dotychczasowych paszportów oraz zaostrzeniu kontroli lotów do państw strefy Schengen, z której jak pan dobrze wie, ci zachodni barbarzyńscy usunęli nas w wyniku sankcji i naszego suwerennego polexitu. O nowe należy zgłosić wniosek w Urzędzie Cyfryzacji i Zarządzania Obywatelami.

– Ale… – Radek z Radomia spojrzał z przerażeniem na swoją bladą żonę, którą pchał na wózku inwalidzkim, tak ostatnio osłabła. Następnie rozejrzał się po hali odpraw lotniska w Radomiu. – Tu są inni pasażerowie. Mają ważne paszporty?…

– Albo już dostali odpowiednie pozwolenia, albo reprezentują nasz rząd, wtedy obowiązuje ich protokół dyplomatyczny – odpowiedział celnik.

W Radku z Radomia zawrzało. Oto stoi tu, gotowy do odlotu, pełen nadziei, on i żona paszporty mają ważne aż do 2030. Tak być nie może. Co z tą władzą, czemu oni tak sobie rządzą, jak chcą, kiedy chcą i kim chcą?!

Nabrał głębokiego oddechu. Wypuścił powietrze nosem jak gotujący się do ataku dziki zwierz. Na spokojnie, choć z niebywałym trudem patrząc celnikowi w oczy oświadczył:

– Musimy lecieć! Kupiliśmy bilety. Zarezerwowaliśmy hotel. Poza tym, proszę pana… Moja żona umiera! Liczy się każdy dzień, rozumie pan? Każdy dzień zwłoki przybliża, sam pan wie, co przybliża… – Radek z Radomia postanowił wziąć kontrolera na litość. – Proszę spojrzeć, ledwo się, biedna, trzyma. Mamy ustalony termin skomplikowanego zabiegu… Proszę nas przepuścić, nasz samolot odlatuje za czterdzieści minut! Boarding już się kończy.

Na nic. Jakby grochem o ścianę rzucał, jakby w głąb, za przeproszeniem, własnej dupy pierdział.

– Nie będę z panem dyskutował. Proszę nie blokować kolejki. I jak najszybciej zgłosić się do odpowiedniego urzędu. Powodzenia. I zdrowia życzę – wreszcie celnik wykrzesał z siebie nieco empatii, patrząc kątem zmęczonego oka na żonę Radka z Radomia.

Radek z Radomia odszedł od okienka. Przesunął wózek na bok, przejechał parę metrów, po czym stracił siły, łzy mu z oczu wypłynęły. Trzęsąc się cały, ukląkł przy kolanach żony i trąc sobie skronie powiedział cicho:

– Ja chyba śnię. To się, kochanie, nie dzieje naprawdę.

Otóż nie śnisz, Radku z Radomia. Nie śnisz. To się dzieje. Sam sobie jesteś winny. Szkoda tylko, że my razem z tobą. Do następnego #przerwanysenkornagi

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.