Formalite kontra asapy | Arun Milcarz, Czad. W poszukiwaniu straconego

Samotny wyjazd na Saharę ma być dla bohatera ucieczką do wolności, nieskrępowanej korporacyjnymi asapami. Ale Czarny Ląd boleśnie zweryfikuje to naiwne myślenie i każe najpierw słono zapłacić, nim ziści przynajmniej jedno z marzeń.

PRZEMYSŁAW POZNAŃSKI

czad_Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Bohater „Czadu…” zdaje się hołdować takiemu myśleniu. Znudzony, zmęczony i sfrustrowany powtarzalnością korporacyjnej nerwówki, a pewnie i świadom jej bezsensu, z dnia na dzień rzuca pracę, rzuca żonę i ucieka. Dokąd? Jak najdalej. To zryw pełen romantyzmu, nieprzemyślany, niepoprzedzony przygotowaniami, wyjazd z wizą w paszporcie, której aktualność ma prawo budzić wątpliwości. Można powiedzieć, że bohater wybiera drogę najłatwiejszą – zamiast stawić czoła narastającym kłopotom, zostawia je za sobą, próbując budować swoje życie od zera.

„Lepiej być głodnym wilkiem niż sytym psem” – głosi motto książki. Ale jeśli bohater chce to uwodnić, rzucając pracę, to szybko wychodzi na jaw jego obłuda. Tak naprawdę wciąż pozostaje bowiem korpotrybikiem, uzależnionym od zasobności karty kredytowej i nieprzygotowanym na to, co zgotować może ląd tak odmienny kulturowo od Europy. Może dopiero w chwili gdy bankomat odmawia wypłaty gotówki, bohatera „Czadu…” zaczyna rozumieć konsekwencje tego, co zrobił. Rozumie, że oto zdany jest na siebie oraz na przychylność świata, z reguły nieprzychylnego, bo skorumpowanego, opartego w zasadzie na dwóch słowach: „formalite” i „autorisation”. Wszechobecna, niekontrolowana biurokracja, w której jedynym sensownym argumentem jest łapówka, sprawia, że ktoś bez kasy, a do tego biały, musi wpaść w wir wydarzeń, których nie jest w stanie kontrolować. To co nielubiane, ale znane, ustąpiło temu, co nieznane i niebezpieczne. Pewność siebie korporacyjnego wyjadacza musi ustąpić miejsca pokorze.

Ta droga odzwierciedla się też w języku opowieści. Stawia on z początku opór, jest trudny do polubienia, przypomina bełkotliwe przechwalanki na korytarzach korporacji, charakteryzujące się na siłę spolszczonymi anglicyzmami, jak choćby „sabtajtle” w miejsce napisów. Ten język pełen jest rozbudowanych porównań, które szczelnie zakrywają przekaz, choćby wtedy, gdy zwykły budzik nie może po prostu zadzwonić, ale muszą mu „popuścić zwieracze”. To jak prezentacja w powerpoincie, pełna osobników, strzałek i wyszukanych infografik, mających zakryć ignorancję. Ten język ewoluuje (na szczęście), podobnie jak ewoluuje bohater. Czarny Ląd pochłania go, wciąga w sytuacje bez wyjścia i każe wiele oddać za obietnicę poczucia wolności, której bohater wszak od początku szuka.

Nie mam wrażenia, że bohater pozbywa się wszystkich uprzedzeń, które tu ze sobą przywiózł, tak jak nie do końca pozbywa się językowej maniery, ale z pewnością Czad odmienia go. Na lepsze.

Przeczytaj także: BUSZUJĄCY W SADZIE | Maciej Płaza, Skoruń 

Arun Milcarz, Czad. W poszukiwaniu straconego

Wydawnictwo Dygresje 2016